Final Fantasy Resonance - recenzja. Pikselowy list miłosny nie tylko do fanów legendarnej serii jRPG
Final Fantasy jest serią, od której rozpoczęła się moja przygoda z gatunkiem japońskich gier RPG. Co prawda z czasem randkowanie w obrębie marki przynosiło różne rezultaty i nie wszystkie odsłony zdołały mnie w sobie rozkochać w ten sam sposób. Nadal jednak na każdą nową część wyczekuję ze szczerym zainteresowaniem, a w przypadku Resonance było ono podwójnie mocne. Głównie za sprawą powrotu do klasycznej formy. Zobaczmy zatem, jak radzi sobie pikselowe Final Fantasy. Czy jest to faktycznie tytułowy list miłosny, czy może jedynie granie na nostalgii fanów?
Ukłon w stronę fanów Final Fantasy
Nieco sparafrazuję słowa Shigeru Miyamoto, bo osobiście również uważam, że w obecnych czasach coraz mniej liczy się przepiękna, filmowa wręcz grafika, a ważniejszy staje się unikalny styl danej produkcji i ciekawe mechaniki. Jakby nie patrzeć, dobrnęliśmy już do pewnej granicy technologicznej i coraz trudniej zaprezentować coś jeszcze bardziej realistycznego. Przyznaję też, że osobiście coraz częściej kieruję się w stronę nieco bardziej kameralnych, czasem klasycznych i co za tym idzie, mniej przytłaczających tytułów. Dlatego też z niemal każdą grą wykonaną w technice HD-2D staram się przynajmniej zapoznać, a ważniejsze tytuły ukończyć.
Nie inaczej było w przypadku Final Fantasy Resonance. Oczywiście czekam na trzecią i zarazem ostatnią część odświeżonej siódemki, ale w jej przypadku mniej więcej wiadomo już, czego należy się spodziewać. Natomiast pikselowa odsłona była pod wieloma względami niewiadomą, głównie dlatego, że wywodziła się z mobilnej odsłony, która bądź co bądź należała do gatunku gacha. Nic zatem dziwnego, że wielu fanów – w tym moja skromna osoba – podchodziło do niej z należytą ostrożnością, by się po prostu nie sparzyć. Mimo wszystko jeden aspekt już w czasie pierwszych pokazów wydawał się pewny. Jest to w chwili obecnej zdecydowanie najładniejsza gra wykonana techniką HD-2D i często aż łapałem się za głowę, bo nie sądziłem, że z tej technologii można jeszcze tak wiele wycisnąć. A jest naprawdę pięknie, moi drodzy.
Square Enix tym razem stanęło na wysokości zadania i wręczyło w dłonie graczy wyjątkową laurkę, która z powodzeniem może trafić w gusta zarówno weteranów serii, jak i zupełnie nowych graczy. Przy czym osobiście uważam, że mimo wszystko najlepiej bawić się będą osoby, które znają poprzednie, numerowane odsłony serii. Bo i smaczków jest tutaj od groma, dlatego, by w pełni się cieszyć, a nawet zrozumieć fenomen niektórych scen, wiedza o postaciach i ogólnie całej marce jest wręcz wskazana. Jeśli jej nie posiadacie, ucieknie wam sporo ciekawych motywów. To nieco jak pójście do kina na ostatni film Marvela bez wiedzy o uniwersum. Niby spędzamy świetnie czas, ale widząc radochę niektórych osób po seansie, odczuwamy, że coś nam jednak umknęło.
Tu pomocne okazuje się delikatne wprowadzenie i streszczenie każdej odsłony serii w momencie zdobycia kolejnego legendarnego herosa. Daje to już jakiś obraz tego, kim był i z czym przyszło się mu mierzyć. Biorąc jednak pod uwagę, że większość odsłon to gry na kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt godzin, trudno oczekiwać, by twórcy zaprezentowali nam wszystko. Uważam również, że padające w stronę graczy pytania są dość chybionym pomysłem. O ile bowiem fani serii będą doskonale wiedzieli, o co chodzi, tak trudno oczekiwać tego od nowych graczy i dla nich wybory mogą okazać się enigmatyczne. Na szczęście żadna odpowiedź nie jest błędna i nie przekłada się na dalszą rozgrywkę, więc spokojnie, nic nie pominiecie.
Od gry mobilnej do pełnoprawnej odsłony
Ale skoro już wspomniałem o herosach, to pozwolę sobie bardziej przybliżyć Wam, jak to dokładnie wygląda. Zacznijmy od tego, że, jak już pisałem, gra wywodzi się z mobilnego Final Fantasy: Brave Exvius. Była to produkcja z gatunku gacha, a co za tym idzie, charakteryzowała się tym, że poza historią mogliśmy losować również nowe postacie dzięki specjalnej walucie. Wydarzenia Resonance bazują na całym pierwszym sezonie gry, ale na tym podobieństwa w zasadzie się kończą – co należy wyraźnie podkreślić. Bo nie ma tutaj żadnych mikropłatności, systemu losowań, a cała historia została przebudowana i zaprezentowana w formie pełnej gry singlowej. Mówiąc jeszcze prościej, Resonance jest pełnoprawną odsłoną marki i nie musicie się pod tym względem niczego obawiać.
Fabuła skupia się na podróży dwójki rycerzy – Raina i Lasswella, którzy przez splot wydarzeń zmuszeni są zmierzyć się z tajemniczą siłą zagrażającą całemu światu. Historia jest zatem typowa dla serii, ale w moich oczach w żaden sposób nie ustępuje poprzednim odsłonom. Jak zwykle nie wszystko okazuje się tak banalne, jak nam się początkowo wydaje, a liczne zwroty akcji, choć często przewidywalne, i tak sprawiają, że do końca przygody trudno jest się oderwać od konsoli. Przyznaję, że właśnie dlatego wybrałem wersję na Nintendo Switch 2, bo dzięki temu mogłem w miarę sprawnie przeskakiwać pomiędzy stacjonarnym a mobilnym graniem. Cóż mogę napisać, gra po prostu wciąga niczym bagno. Wracając jednak do samej przygody…
Oczywiście poza dwójką wymienionych bohaterów w czasie podróży poznajemy kilku innych towarzyszy i są oni na tyle sprawnie napisani, że nie byłem w stanie ich nie polubić. Chemia pomiędzy poszczególnymi postaciami jest widoczna, a ich relacje bardzo fajnie przedstawiają nie tylko dialogi, ale również misje poboczne i liczne scenki. Muszę też przyznać, że pod wieloma względami przypominały mi one czasy, w których liczyły się przede wszystkim najważniejsze wartości, emocje i przywiązanie do bohaterów. Trudno doszukiwać się tu jakichś podtekstów i drugiego dna – i to w moim mniemaniu stanowi właśnie siłę przekazywanej opowieści. Może i jest czasem prosta, może i jest naiwna, ale łapała przy tym za serce i sprawiała, że przez wiele godzin świetnie się bawiłem.
Przed wyruszeniem w drogę zbierz legendarnych bohaterów
No dobrze, ale bohaterowie to jedno, a legendarni herosi, którymi wszyscy żyjemy od pierwszej zapowiedzi, to drugie. Dość szybko w fabule jesteśmy uczeni pozyskiwania tak zwanych Visions, czyli, mówiąc krótko, kryształów zawierających duszę, czy raczej esencję bohaterów z innych światów. Podobnie jak drużynowe postacie, przyzwani bohaterowie posiadają swoje własne profesje oraz zdolności, które nabywają wraz ze zdobywanymi poziomami. Tutaj uczulam, że nie zawsze klasy muszą się pokrywać i warto sprawdzać listę pasywnych umiejętności, bo później to właśnie je będziemy mogli podpinać pod daną postać – nawet jeśli zrezygnujemy już z usług danego herosa.
Jeśli miałbym porównać, jak działa to mechanicznie, to wskazałbym na kombinację rozgrywki znanej z Octopath Traveler z Personą. Walki skupiają się bowiem tak naprawdę na przełamaniu obrony przeciwnika, a aby tego dokonać, wykorzystujemy głównie zdolności przyzwanych herosów. Widowisko zaczyna się jednak dopiero wtedy, gdy zdołamy tego dokonać. Gra posiada wręcz rewelacyjny system, który nie tylko pozwala nam wykonać wówczas dodatkowe ataki lub akcje, ale przede wszystkim zamknąć je za pomocą przyzwania znanego z serii Final Fantasy bohatera. Większość takich akcji przechodzi pięknie w scenkę CGI, w której możemy podziwiać charakterystyczne dla danego bohatera ataki.
Niewątpliwie najbardziej cieszyła mi się mordka, gdy ujrzałem Clouda, Zidane’a, Squalla czy Tidusa, ale pod względem wykonania i siły pozostali im bynajmniej nie ustępują. Największym zaskoczeniem dla mnie były postacie z odsłon online, z którymi miałem jedynie pobieżną styczność. Przyznaję, że olbrzymie wrażenie zrobiły na mnie również postacie, które bądź co bądź, poza spin-offami zapamiętywało się raczej jako złożone z kilku pikseli ludziki. Zobaczenie w pełnej okazałości Wojownika Światła, Terry oraz Onion Knighta… cóż, potrafi przywołać wspomnienia i towarzyszące im emocje.
Równie okazale prezentuje się kilka summonów, które na różne sposoby pozyskujemy w czasie przygody. By zdobyć ich zaufanie i przychylność, zwykle będzie trzeba ich pokonać w walce – choć i tutaj zdarzają się wyjątki i przykładowo takiego Carbunkle odblokowujemy, wykonując pomniejsze zadanie poboczne. Esperom, podobnie jak herosom, towarzyszy przeważnie piękna animacja przywołania, ale co najlepsze, pozostają na kilka tur, wspierając nas w walce. Ich obecność została także ładnie wytłumaczona w fabule.
Jednak kryształy Visions oraz Espery to elementy, które wręcz krzyczą do nas z ekranu. Natomiast na wieloletnich fanów czeka również wiele innego dobra, które zręcznie zostało przemycone do gry. Na swojej drodze spotkamy przykładowo Gilgamesha, który w charakterystyczny dla siebie sposób od czasu do czasu… umili nam wyprawę. Oczywiście wiele nazw i imion będzie również znajoma weteranom – zresztą chyba bym się obraził, gdyby tego nie było. Ale również w samej rozgrywce Square wielokrotnie puszcza nam oczko. Byłem mocno uradowany, gdy natrafiłem chociażby na mini-grę, w której skacze się na skakance. Dla wielu graczy to będą to jedynie skoki na skakance, ale dla osób pamiętających Final Fantasy IX… nie trzeba im nawet tego tłumaczyć. Jest tego naprawdę od groma i pod względem fanserwisu jest to najbardziej kompletna odsłona w obrębie całej marki.
Resonance zabija błędy… na śmierć
Powiem otwarcie. Już dawno nie spotkałem się z tak dobrze wykonanym pod względem technicznym tytułem. Zatem z nieukrywaną radością oznajmiam, że będzie to chyba najkrótsza część całej recenzji. Bo po prawdzie komuś może nie podobać się obrany design. Wiem, że niektóre wejścia CGI z herosami na pikselowym polu walki dla niektórych osób mogą być dziwaczne i niezbyt spójne. Ja jednak byłem całą oprawą i wyborami artystycznymi zachwycony. Skupię się zatem na zaledwie kilku rysach, które zdołałem zaobserwować.
Grę udało mi się obadać aż na trzech konsolach. Przy czym całość kończyłem na Nintendo Switch 2, a na PlayStation 5 i Nintendo Switch grałem zaledwie kilka godzin. W przypadku konsoli Sony oczywiście wszystkie efekty cząsteczkowe wypadają najlepiej, ale na hybrydowych konsolach Nintendo różnica jest prawie niezauważalna i kompletnie nie przekłada się na ogólne odczuwanie tytułu. Co jednak ciekawe, na PS5 raz wyrzuciło mnie z rozgrywki, przez co musiałem rozpoczynać jeden segment od początku. Na szczęście podobne sytuacje już później nie występowały.
Gra na mniejszych konsolach ma czasem problemy z płynnością, jednak spadki klatek są na tyle sporadyczne, że trudno je po prawdzie zauważyć. Daje się natomiast zauważyć różną jakość oraz płynność w scenkach, w których poznajemy starsze odsłony cyklu. Tyle że i w tym przypadku bardziej skupiamy się na samej fabule poprzednich części niż na małych ekranach je streszczających. Wiem, że niektórzy gracze mocno na to patrzą, więc zaznaczam, że scenki CGI nagrane są w stałych 30 klatkach, więc biorąc pod uwagę płynniejszą rozgrywkę, mogą one lekko odstawać. Ja totalnie nie odczuwałem przez to dyskomfortu i zarówno w trybie przenośnym, jak i telewizyjnym bawiłem się wybornie, niezależnie od uruchomionej wersji.
Zdjęcie w pełnym rozmiarze

















To zdecydowanie najpiękniejsza gra HD-2D
Niezależnie zatem od tego, na jakim urządzeniu zamierzacie zagrać w grę, powinniście świetnie się bawić. Nie tylko dlatego, że Final Fantasy Resonance działa bardzo dobrze, ale przede wszystkim dlatego, że przepięknie wygląda. Oprawa graficzna jest jednym z największych atutów produkcji i ustanawia nową poprzeczkę dla nadchodzących gier HD-2D. Square nie poszło w tym przypadku po linii najmniejszego oporu, choć przypuszczam, że nawet gdyby tak było, to gra potrafiłaby się obronić. Na szczęście nie musi tego robić. Nostalgia to jedno, ale wykonanie drugie.
Postacie są nieco większe niż w przypadku innych gier HD-2D, przez co są również bardziej wyraźne i bardziej szczegółowe. Dysponują też znacznie bogatszym zestawem animacji, dzięki czemu ich emocje wydają się naturalniejsze. Poszczególne miejscówki robią wrażenie, zwłaszcza użyte w nich oświetlenie, efekty cząsteczkowe oraz znacznie lepiej wykorzystana głębia obrazu. Wszystko to sprawia, że pomimo pikselowej oprawy całość prezentuje się znacznie bardziej nowocześnie i nie ustępuje większym produkcjom. Na uwagę zasługują oczywiście też potężni bossowie, którzy już poza konfrontacją potrafią budzić respekt, a w czasie samej walki prezentują się jeszcze bardziej okazale. Wszelkiej maści efekty zaklęć i ataków specjalnych są przy tym na tyle widowiskowe, że niejednokrotnie aż trudno uwierzyć, że mamy cały czas do czynienia z grą 2D.
Ale skoro już o tym mowa, trudno nie pochwalić pracy kamery. Wcześniejsze gry HD-2D były mimo wszystko pod tym względem dość statyczne. W Resonance zastosowano natomiast znacznie bardziej filmowe ujęcia i w ich odczuwaniu nawet nie przeszkadzają większe zbliżenia na pikselowych bohaterów. Kamera często płynnie zmienia swoje położenie, robi stosowne zbliżenia i oddala się w odpowiednich momentach, by ukazać skalę oraz powagę danej sytuacji. Ciekawym zabiegiem jest również zmiana ostrości, dzięki której nasz wzrok skupia się na najważniejszych obiektach na ekranie. Dzięki temu nawet z pozoru zwykłe dialogi i sceny nabierają więcej dynamiki. Bez dwóch zdań jest to najpiękniejsza obecnie gra HD-2D na rynku.
Jednak na samym podziwianiu się nie kończy. Entuzjaści muzyki również powinni być ukontentowani. Za oprawę muzyczną odpowiada kolektyw kompozytorski Elements Garden, który w 120 (!) utworach zawarł wszystko, o czym mogliby tylko pomarzyć wielbiciele Final Fantasy. Mamy tu zatem znane utwory, które często nawiązują do poprzednich odsłon serii. Są oczywiście też ich nowe aranżacje oraz 33 zupełnie nowe kompozycje. Tworzy to mieszankę iście wybuchową, która prawdopodobnie już na stałe trafi na listy odtwarzania wielu fanów. Najważniejsze jest jednak to, że sporo utworów zapada w pamięć, a wszystkie nadają odpowiedniego tonu sytuacjom oglądanym na ekranie. Kompozycje bitewne odpowiednio podkręcają atmosferę, a te spokojniejsze świetnie współgrają z odwiedzanymi lokacjami czy też bardziej nostalgicznymi scenami.
Dubbing angielski również wypada bardzo dobrze. Mam jednak co do niego uwagę, która zaważyła na tym, że finalnie i tak grałem po japońsku. Okazuje się bowiem, że głosy znanych herosów zostały przetłumaczone i wszystkie kwestie wykrzykują po japońsku. Zatem czułem nieco dysonans w czasie starć, bo postacie mówiły po angielsku, a ich przyzwani kompani w drugim języku. Jasne, to szczegół, ale przyznaję, że w tej kwestii jestem nieco purystą i lubię spójność. Tak czy inaczej, niezależnie od tego, jaką wersję dubbingową wybierzecie, powinniście być zadowoleni.
Zdjęcie w pełnym rozmiarze

Zdjęcie w pełnym rozmiarze
Pikselowa laurka dla fanów Final Fantasy
Final Fantasy Resonance nie należy traktować jako tymczasowej odskoczni. Choć tytuł wywodzi się z mobilnego świata, po przebudowaniu jest to pełnoprawna odsłona cyklu, przy której spędzicie kilkadziesiąt godzin, a chcąc zdobyć i wymaksować wszystko, nawet i nieco dłużej. Jeśli tęsknicie za pięknymi, choć może nieco naiwnymi historiami, to gra zdecydowanie złapie was za serducho i nieprędko puści. A nawet po ograniu i tak będziecie bardzo miło ją wspominać.
Square Enix mogło pójść na skróty i zapewne za sprawą znanej marki i tak uszłoby im to na sucho. Ale firma zdecydowała inaczej. Final Fantasy Resonance to nie tylko nostalgia, to nie tylko wszechobecny fanserwis. To przede wszystkim piękny list miłosny dla wielbicieli całego gatunku japońskich RPG. W moim przypadku to również tytuł, który w pewien sposób podsumowuje długoletnią podróż, łapie mocno za gardło i przypomina, że w jRPG są rzeczy ważniejsze od realizmu i wodotrysków. Jeśli czujecie tęsknotę za klasycznymi i zarazem pięknymi przygodami, a przy tym kochacie poprzednie odsłony… Nie, Was nawet nie muszę przecież namawiać. Ale przypuszczam, że dla nowych graczy może być to także wspaniałe wejście w znaną markę i otworzenie furtki na starsze Final Fantasy. W obu przypadkach będzie to fantastyczne doznanie.
Grę przechodziłem głównie na konsoli Nintendo Switch 2 oraz częściowo na Nintendo Switch i PlayStation 5. Final Fantasy Resonance jest także dostępne na komputerach PC oraz konsolach Xbox Series X i Xbox Series S.
Ocena: 9/10
- Dość częsty ekran wczytywania
- Mimo wszystko historia jest przewidywalna
- Niektóre misje poboczne są bardzo uproszczone
- Cudowna oprawa HD-2D
- Rewelacyjnie wplecione wstawki CGI
- Przepiękna oprawa muzyczna
- Drużyna bohaterów, która naprawdę daje się lubić
- System Visions - bohaterowie z innych odsłon FF
- Solidna historia i liczne aktywności
- Masa ukłonów w kierunku fanów serii
Paweł Matyjewicz
Autor Media Expert
Dumny tata, pasjonat życia, kultury Azji i technologii. Od lat związany z dziennikarską branżą gier wideo. Miłośnik fantastyki wszelkiego rodzaju. Przez wielu nazywany geekiem, chociaż sam uważa, że do tego określenia mu daleko. Wielbiciel przemyślanych światów, również tych papierowych (stołowe RPG zawsze w sercu). Gdy nie pisze, prawdopodobnie przechodzi japońskiego RPGa, ogląda nowy serial lub robi długie wycieczki ze swoją piesełą o imieniu Buffy.
