Star Wars: Galactic Racer – recenzja. Czarny koń z odległej galaktyki

Data dodania: 06-10-2026

Do nowej ścigałki w uniwersum Gwiezdnych Wojen podchodziłem sceptycznie, bo choć gustuję w zręcznościowych i bardziej futurystycznych wyścigach, miałem wrażenie, że tego silnika nie da się już odpalić. Po kilku godzinach za sterami ścigacza posypuję głowę popiołem, a jak bardzo myliłem się w stosunku do Star Wars: Galactic Racer, będziecie mogli przeczytać poniżej. To zdecydowanie dobry czas dla fanów przygód w odległej galaktyce.

Wyścigi, w których fabuła ma również znaczenie

Nieco się powtórzę, ale to naprawdę świetny czas dla fanów Gwiezdnych Wojen. Dopiero co dostaliśmy rewelacyjne Star Wars Zero Company, o którym możecie więcej przeczytać w mojej recenzji – i jeszcze nie zdążyłem nawet wyłączyć miecza świetlnego, a tu z impetem na tor wjechało Galactic Racer. I, moi mili, jak bardzo jest to udany debiut. Nie będę się przy tym rozpisywać, jakim jestem wielkim fanem Star Wars: Episode I: Racer z 1999 roku, bo nie jestem. Owszem, spędziłem w grze wiele godzin i zawsze bawiłem się w niej świetnie, ale mimo wszystko w moich oczach był to po prostu dodatek dla fanów filmu i brakowało mi w nim… no właśnie czego?


Fabuła w nowych wyścigach – bo tak, jest tu fabuła i do tego jak na gatunek całkiem nieźle napisana. Rozgrywa się tuż po upadku Imperium, czyli w czasach Nowej Republiki. Galaktyka dopiero co stara się pozbierać po zmianach i, mówiąc delikatnie, panuje w niej wielkie złomowisko, z którego wyłania się pomysł nieoficjalnej ligi Galactic League, która jest finansowana przez różne syndykaty. Nam przyjdzie wcielić się w tajemniczego kierowcę imieniem Shade, który ma niedokończone sprawy z potężną rodziną Bool, nic dziwnego zatem, że jego głównym rywalem staje się Kester Bool, rozwydrzony, ale jakże utalentowany i wpływowy aktualny mistrz ligi. I… to w zasadzie tyle, oczywiście w dużym skrócie. Ale powiem wam szczerze, że strasznie doceniam oryginalne historie osadzone w grach ze świata Gwiezdnych Wojen. Dzięki nim jesteśmy w stanie poznać kolejne, czasem bardzo zaskakujące fragmenty tego ciekawego i zdawać by się mogło nieskończonego uniwersum.


Historia nie należy do najbardziej odkrywczych, ale doskonale sprawdza się jako dodatek w grze wyścigowej. Nadaje też wszystkim wyścigom jakiegoś większego sensu, ale przy tym nie przytłacza i nie próbuje zająć większego kawałka podłogi. Mówiąc wprost, jest pretekstem, by kolejny raz wskoczyć do kokpitu, ale angażuje na tyle mocno, że chcemy do niego wskakiwać w jakimś konkretnym celu. 


Do samych wyścigów za moment przejdziemy, ale warto zwrócić też uwagę na to, jak została w grze przedstawiona warstwa fabularna. Naszego zamaskowanego pilota możemy w niewielkim stopniu personalizować. Mamy sposobność zmienić mu strój, jego kolorystykę, wygląd hełmu oraz płeć, a co za tym idzie, dobrać odpowiedni głos. Wszystkie zmiany nie mają większego wpływu na przebieg rozgrywki i wpływają bardziej na nasze poczucie estetyki oraz na to, jak postać prezentuje się pomiędzy wyścigami. Najprościej mówiąc, zanim siądziemy za sterami wybranego bolidu, mamy możliwość nieco pokręcić się po wyścigowym zapleczu. Tu rozmawiamy z większością postaci i poznajemy ich kolejne części historii, również tutaj możemy przygotować się do kolejnego wyścigu, kupując nowe części oraz kupując kolejne pojazdy i odpowiednio je modyfikując. Przy tym ostatnim z pomocą przychodzi nasza partnerka w zbrodni, pochodząca z rasy Ardennianów, Hibi. I właśnie tutaj pojawia się największy mechaniczny twist, bo całości bliżej jest do gier pokroju Hadesa niż do tradycyjnych wyścigów.

Star Wars: Galactic Racer w naszej ofercie:

Ścigaj się. Przegraj. Powtórz.

Okazuje się, że Galactic Racer czerpie garściami również z gatunku roguelite i tak, również dla mnie było to największym zaskoczeniem rozgrywki. Otóż przegrana jest tu wliczona, że tak powiem, w cenę, a nawet przynosi dodatkowe korzyści. Na początku każdego turnieju otrzymujemy stosowny token, który uprawnia nas do wzięcia udziału w lidze. Niespełnienie warunków niektórych wyścigów lub rozbicie pojazdu sprawia, że go bezpowrotnie tracimy i musimy czekać na kolejny wyścigowy sezon. Brzmi to może nieco pokrętnie, ale w praktyce sprawdza się wręcz rewelacyjnie.


Przed rozpoczęciem kolejnego wyścigu sami możemy wybrać wyzwanie, w którym się zmierzymy. Są to zwykle dwa rozwidlenia, na których mogą się znaleźć między innymi standardowe wyścigi, w których musimy przekroczyć metę na jak najwyższej pozycji. Mamy też wyzwania specjalne, w których musimy zmierzyć się z czasem lub wykonać konkretne zadanie – co ciekawe, tu przegrana nie oznacza jeszcze utraty tokena, więc jest nieco bezpieczniejszym wyborem. Znacznie mniej bezpieczne jest branie udziału w tak zwanym Eliminatorze, w którym musimy cały czas znajdować się na czele wyścigu, bo ostatni zawodnicy są co jakiś czas, jak sama nazwa wskazuje eliminowani. Oczywiście całość dopełniają pojedynki z mistrzami i wydarzenia fabularne. Ale co ciekawe, na mapce wyścigu możemy również trafić na losowe tajemnicze spotkania, w których niczym w grach RPG możemy dokonywać niewielkich wyborów, które w jakiś sposób mogą mieć wpływ na nasz pojazd i sam wyścig.


Choć na początku zakładałem, że przez dodanie elementu losowości gra stanie się uciążliwa, szybko połknąłem bakcyla i z czasem nawet spodobał mi się ten zabieg. Choć nadal nie jestem wielkim zwolennikiem tej decyzji, tak zrozumiałem również zamierzenie samych twórców. Mechaniki znane z roguelite sprawiły, że proste z pozoru wyścigi stały się bardziej regrywalne i nawet po wielu godzinach zabawy z bólem odchodzi się od konsoli. Bo i zawsze jest tu coś do odblokowania, po każdej nieudanej próbie i tak rośniemy w siłę i możemy zakupić nowe części, ulepszyć naszą postać oraz maszynę. Przegrana paradoksalnie nabiera większego sensu i pomaga nam w lepszym poznaniu poszczególnych elementów rozgrywki i po prostu w byciu jeszcze lepszym kierowcą.

Wygenerowane z AI

Powrót, nieco zapomnianego już gatunku

W staniu się lepszym kierowcą, choć tu chyba bardziej pasuje określenie pilotem, pozwala nam przede wszystkim branie udziału w samych wyścigach. Możemy to robić na kilku dostępnych planetach, które oczywiście różnią się swoją charakterystyką i trasami. Należy sobie uczciwie powiedzieć, że sama liczba lokacji nie powala na kolana, ale w tym temacie twórcy zastosowali ciekawy manewr. Otóż wiele tras posiada również swoje odwrócone wersje, dzięki czemu musimy podejść do nich zupełnie inaczej. Zresztą, po prawdzie, każda z planet posiada swoje własne unikalne przeszkody i wymusza od nas nieco inny styl jazdy.


Przykładowo na Jakku dominuje pustynne złomowisko i musimy dosłownie przeciskać się przez wraki i wąskie przejazdy. Nauczenie się każdego zakrętu staje się zatem kluczowe i powiem szczerze, że aż zakręciła mi się łezka w oku, bo przypomniały mi się czasy wyścigów, w których opanowanie każdej z tras było po prostu koniecznością – tutaj jest podobnie. Zwłaszcza że na nasz pojazd mają wpływ również warunki atmosferyczne i chociażby na Lantannie poza dżunglą dane jest nam wjechać w jaskinie pełne lawy. W tym przypadku bardzo łatwo o zagrzanie silników i lepiej nie szarżować z dodatkowym dopalaczem. Zupełną jej przeciwnością jest planeta Ando Prime, na której panują przez cały czas niskie temperatury i nasz pojazd zaczyna powoli zamarzać. Na szczęście na trasie ustawione są odpowiednie podgrzewacze, które ułatwiają nam wyścig.


Mimo wszystko łatwo nie ma. O ile standardowe wyścigi jesteśmy w stanie całkiem sprawnie opanować, tak niektóre ich warianty i wyzwania są już całkiem trudne i zanim wszystkiego się nauczyłem, kilkakrotnie widziałem ekran mówiący o rozpoczęciu nowej ligi. Jeśli natomiast obawiacie się o zawartość, to w tym miejscu uspokajam, fabuła stanowi dopiero początek, ale nawet trzy dostępne akty mogą potrwać nieco dłużej w zależności od waszych umiejętności. Po nich natomiast czekają na was osobne scenariusze, które najlepiej porównać do mini-kampanii, obszerny tryb multiplayer oraz oczywiste tryby nastawione na bicie własnych rekordów. A na kolekcjonerów czeka na odblokowanie też wiele części, usprawnień oraz elementów kosmetycznych. Są zatem liczne powody, by kolejny raz zasiąść za sterami naszego bolidu.

No to co, odpalamy silniki?

Już na starcie spotkało mnie miłe zaskoczenie. Zanim bowiem ruszymy, możemy pobawić się w krótką mini-grę polegającą na odpalaniu kolejnych podzespołów pojazdu. Dobre wbicie przycisków daje nam na początku niewielkie bonusy, ale też nie są one na tyle wielkie, by przeważyć o wyniku wyścigu. Ot, jest to bardziej fajny smaczek immersyjny, który nieco bardziej pozwala wczuć się w pilota. Bardzo szybko zresztą łapiemy kombinacje przycisków do poszczególnych podzespołów i z czasem jesteśmy w stanie wklepywać je już automatycznie.


Ważnym elementem każdego wyścigu jest zarządzanie dopalaczami i kontrolowanie prędkości. Możemy to robić na dwa różne sposoby. Tak zwany Afterburner, czyli mówiąc prościej, dopalacz. Tu nie ma większego zaskoczenia, jest to nasz podstawowy system, z którego możemy korzystać po naładowaniu, a gdy skończy nam się moc, musimy nieco odczekać. Natomiast ciekawiej wygląda Ramjet, lub bardziej swojsko – dopalacz strumieniowy. To właśnie on zapewnia nam największą prędkość, ale również ryzyko. W praktyce bowiem daje zastrzyk niesamowitej prędkości, ale generuje największe ciepło i jeśli nie będziemy pilnowali temperatury, możemy doprowadzić do awarii silników, a w konsekwencji nawet do wybuchu pojazdu. Co fajne, przegrzaniu towarzyszy charakterystyczny dźwięk, więc po kilku wyścigach jesteśmy w stanie zarządzać dopalaczami wręcz na słuch.


Jeśli chodzi o same bolidy, to w grze znajdują się ich cztery główne typy i właśnie w ich obrębie przyjdzie nam kombinować. Nie jesteśmy przy tym skazani na jeden wygląd pojazdu. Dzięki zdobytej w grze walucie szybko jesteśmy w stanie wykupić nowe modele, a następnie dopasowywać każdą kluczową część. Nic nie stoi zatem na przeszkodzie, by posiadać dziwnie wyglądającego składaka. Warto przy tym zaznaczyć, że różnica względem prowadzenia przykładowo śmigacza czy skutera repulsorowego jest wręcz kolosalna i dłuższą chwilę zajmuje opanowanie jazdy danym modelem. Co istotne, biorąc pod uwagę elementy gatunku roguelite, niektóre zdobywane przez nas usprawnienia zdobywamy na stałe, a innych możemy używać tylko w czasie trwania ligi, trzeba o tym pamiętać, by później nie być zaskoczonym.


Do tego dochodzą również aktywne umiejętności oraz style ścigacza i przysługi, które niemal całkowicie definiują styl naszej gry. Interesująco w tym zakresie wypadają właśnie style, które odblokowujemy za niektóre aktywności w czasie wyścigów. Aby je odblokować, musimy spełnić pewne warunki i tak przykładowo przy jednym premiowana jest bezpieczniejsza jazda, a w innym z kolei bardziej punktowane jest agresywne zachowanie. Dobrze jest już przy pierwszej okazji dokładnie zapoznać się z wymogami i próbować odpowiednio zachowywać się na torze, co pozwoli nam odblokować kolejne mocne bonusy.


Natomiast tak zwane przysługi to modyfikatory i perki, które nakładamy przed wyścigiem. Jak jednak je odblokować? I tu robi się ciekawie. Dość szybko otrzymujemy możliwość stawiania zakładów przeciwko konkretnym zawodnikom. Jeśli wygramy wystarczająco dużo zakładów z danym pilotem, staje się on naszym rywalem i dochodzi do osobistej konfrontacji. Po jej wygraniu otrzymujemy od niego właśnie przysługę. Oczywiście łatwiej napisać, niż to zrobić. Ale przyznaję, że poznawanie i konkurowanie z poszczególnymi postaciami dawało mi w praktyce równie wielką frajdę co same wyścigi.

Nie tylko prędkość zapiera dech w piersi

Zanim jednak będę rozpływać się nad widokami, pozwolę sobie zacząć od spraw mniej przyjemnych. Bo jak zwykle Jar Jar miał nie ruszać, a i tak zrobił po swojemu. Niestety mam co do gry kilka zażaleń, a i pomniejszych problemów parę się znalazło. Zapytam wprost, dlaczego w takiej grze nie ma split-screena? Przecież Star Wars: Galactic Racer aż się prosi, by zrobić jakiś turniej w gronie przyjaciół przy piwie – oczywiście bezalkoholowym. Jasne, multiplayer jest fajny i dobrze rozbudowany, ale myślę, że na dodatkowej opcji zabawy gra by tylko skorzystała.


No i elementy roguelite, choć jak pisałem, mocno wkomponowały się w założenia tytułu, tak nadal nie jestem fanem umieszczania ich w każdej możliwej grze, a zrobiła się na to jakaś dziwna moda. Mam wrażenie, że ten sam efekt fabularny można było rozwiązać nieco inaczej, bo i tak poświęcamy sporo czasu na zdobycie gotówki, by odblokować nowe rzeczy. Dodatkowo z czasem zaczyna frustrować to, że nawet małe potknięcie przekreśla nasz udział w lidze i musimy zaczynać od nowa. Pamiętajmy przy tym, że w kolejnej próbie wyścigi mogą wyglądać nieco inaczej, więc gdzieś z tyłu głowy siedzi ta myśl, że przydałaby się i tak możliwość powtórki danego etapu. Jest to jednak tylko moja prywatna niechęć do tego typu mechanik i mimo ich wykorzystania bawiłem się świetnie.


Ostatnią uwagę mam do czytelności samych tras. Przy takiej prędkości niektóre trasy bywają mało przejrzyste i musimy uczyć się ich na pamięć. Dla osób, które chcą po prostu dobrze się pobawić, może być to denerwujące. Nie ukrywam, że choć satysfakcja z poznania każdego zakrętu jest olbrzymia, tak bywają skrajne fragmenty tras, które wzbudzały i we mnie irytację. Jednocześnie mówimy tutaj o nielegalnej lidze galaktycznej, więc w zasadzie trzeba być samobójcą, by brać w niej udział. Tak więc wspominam o tym raczej, byście mieli świadomość, z czym przyjdzie wam się mierzyć.


Jeśli chodzi o technikalia, to o dziwo przez większość czasu gra działała stabilnie i wyglądała przy tym wręcz zjawiskowo. Oczywiście z racji typu rozgrywki nie jesteśmy w stanie wszędzie się zatrzymać i sprawdzić, jak wygląda każda trasa, ale najważniejsze, że podczas wielu godzin nie uświadczyłem żadnych poważnych błędów. No, może poza nieco irytującym doczytywaniem tekstur przed wyścigami, ale nie jest to też coś, co mocno przekłada się na odbiór tytułu i może zostać w przyszłości poprawione.


Natomiast nie sposób nie zachwycić się wykonaniem. Gra wygląda wręcz fenomenalnie i każdy wyścig wywołuje kolosalne wrażenie, a przy tym oczywiście dostarcza wiele emocji i pompuje w nas litry adrenaliny. Przemierzanie poszczególnych planet przy olbrzymiej prędkości jeszcze nigdy nie było tak widowiskowe i wielokrotnie podczas wyścigów na głos wykrzykiwałem swoje zachwyty. W chwili obecnej, biorąc pod uwagę założenia rozgrywki, to po prostu najładniejsze futurystyczne wyścigi i basta. Stanowią przy tym ucztę nie tylko dla naszych oczu, ale również uszu. Ścieżkę dźwiękową popełnił Gordy Haab, o którym można już śmiało napisać, że jest weteranem muzyki do Gwiezdnych Wojen. Kompozytor odpowiada między innymi za muzykę do takich tytułów jak Star Wars: Squadrons, Battlefront, dwóch odsłon serii Star Wars Jedi czy chociażby wspomnianego już Zero Company. Możecie być zatem pewni, że doskonale czuje klimat kosmicznej sagi. W rezultacie otrzymujemy więc grę wyścigową o niemal filmowym wykonaniu.

Czarny koń z odległej galaktyki?

Oficjalnie oświadczam, że przestaję już pisać o grze roku, bo mamy już październik, a nowe premiery nadal potrafią zaskoczyć. Przy czym nie tyle swoją obecnością, co właśnie wykonaniem, bo chyba nikt tak po prawdzie nie spodziewał się, że Star Wars: Galactic Racer będzie aż tak udaną produkcją? Tymczasem mamy do czynienia z prawdziwym czarnym koniem, który przybiegł do nas z odległej galaktyki. W mojej opinii to również najlepsza zręcznościowa gra wyścigowa, która wyszła w tym roku i przynajmniej w tej kategorii nie ma sobie równych.


To zdecydowanie najlepsze czasy dla fanów Gwiezdnych Wojen. Na przełomie zaledwie kilku miesięcy otrzymaliśmy dwie rewelacyjne gry z naszego ulubionego uniwersum. Przy czym o ile Zero Company kierowane było nieco do mniejszej niszy, jaką stanowią miłośnicy gier taktycznych, tak Galactic Racer może naprawdę zacząć ścigać się już z najlepszymi. Stosunkowo niski próg wejścia, przepiękna oprawa audiowizualna i duża zawartość po prostu gwarantują wiele godzin dobrej zabawy. Mam też nadzieję, że jest to dopiero początek nowej marki, która przywróci na piedestał futurystyczne wyścigi. Jeśli jesteście fanami tego gatunku, nawet nie muszę was namawiać, a jeśli dodatkowo kochacie Gwiezdne Wojny, cóż… będzie to dla was iście kosmiczny odlot i przygoda, którą naprawdę warto przeżyć.


Grę miałem przyjemność ogrywać na konsoli PlayStation 5. Star Wars: Galactic Racer ukazało się również na komputerach PC oraz konsolach Xbox Series X i Xbox Series S.

Ocena: 9/10

  • Niektóre zakręty bywają niewidoczne
  • Brak opcji split-screena
  • Doczytujące się tekstury
  • Adrenalina i emocje aż wylewają się z ekranu
  • Zróżnicowane tory na kilku znanych planetach
  • Satysfakcjonujący model jazdy zależnie od pojazdu
  • Sprawnie wprowadzone elementy gatunku roguelite
  • Całkiem dobrze prowadzona fabuła
  • Sporo modyfikacji, części i elementów kosmetycznych
  • Szybkość, szybkość i jeszcze raz szybkość
Wróć

Właściciel serwisu: TERG S.A. Ul. Za Dworcem 1D, 77-400 Złotów; Spółka wpisana do Krajowego Rejestru Sądowego w Sądzie Rejonowym w Poznań-Nowe Miasto i Wilda w Poznaniu, IX Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego pod nr KRS 0000427063, Kapitał zakładowy: 41 687 500,00 zł; NIP 767-10-04-218, REGON 570217011; numer rejestrowy BDO: 000135672. Sprzedaż dla firm (B2B): dlabiznesu@me.pl INFOLINIA: 756 756 756