Assassin’s Creed: Black Flag Resynced - recenzja. Jo ho, jo ho, pirackie życie to mój żywioł!
Oh Edwardzie, gdybyś przed laty był tak atrakcyjny, jak jesteś obecnie… Wiem, że w tym miejscu narażę się sporej grupie fanów, ale w końcu napiszę to głośno. Assassin’s Creed IV: Black Flag nigdy nie było moją ulubioną odsłoną serii i pomimo wręcz rewelacyjnych mechanik pływania okrętem zawsze uważałem, że pod względem fabuły to bardziej gra piracka niż asasyńska. Zapowiedź Resynced nie wywołała więc wypieków na mojej twarzy, ale gdy już wskoczyłem za ster… Cóż mogę powiedzieć, tak naprawdę dopiero teraz wypłynąłem na szerokie wody i poczułem wiatr we włosach, których nawet nie mam.
Żywot pirata, żywot Asasyna
Nie zrozumcie mnie źle, pod wieloma względami doceniałem czwartą odsłonę sagi. Zresztą towarzyszę asasynom już od pierwszej odsłony i po dziś dzień jest to jedna z moich ulubionych serii, której każdą część przechodzę na premierę, a następnie z dumą odkładam na półkę – i przez lata trochę się już tego zgromadziło. Jak napisałem we wstępie, miałem duży problem z klasyczną wersją Black Flag, bo po prawdzie Edward nigdy nie był w moich oczach pełnoprawnym członkiem bractwa. Pod tym względem bliższy był mi Adewale, którego krótką przygodę przeżywałem kilkakrotnie. Może i nie była ona odkrywcza, ale wcielenie się w żywe kredo bractwa miało w sobie coś symbolicznego.
Żyjemy jednak w ciekawych czasach, w których pewne historie można opowiedzieć na nowo, a tym samym wprowadzić nowe wątki i nieco poszerzyć już te istniejące. I można by napisać, że właśnie tym jest Resynced w stosunku do oryginalnej wersji, ale… byłoby to zbyt mocne uproszczenie. Bo odświeżone przygody Edwarda Kenwaya poza nową oprawą i zmianami w rozgrywce otrzymały coś znacznie cenniejszego i w mojej opinii ważniejszego – asasyńskiego sznytu, którego kiedyś zabrakło, a dzięki któremu opowieść stała się jeszcze bardziej spójna i kompletna.
Miłośników pierwowzoru od razu uspokoję. Główny wątek fabularny pozostał w zasadzie ten sam. Przygoda została jednak poszerzona o liczne wątki poboczne, dzięki którym bardziej poznajemy postacie poboczne i odwieczny konflikt z templariuszami. Edward w końcu dorobił się pełnoprawnej załogi w postaci oficerów, którzy mają swoje własne pomniejsze linie fabularne, a dodatkowo mają niewielki wpływ na morskie batalie i podbijanie fortów. Odświeżenia doczekały się również dobrze znane postacie, które w wielu miejscach nie stanowią już wyłącznie tła, ale stały się ważną częścią historii. Przy czym nie mówię tutaj o odkryciu koła na nowo. Większość dodatkowej treści nie należy do najdłuższych, ale jednocześnie są to misje na tyle klimatyczne i mocno wpasowujące się w uniwersum, że trudno nazwać je jedynie zapychaczami.
Przebudowany został również wątek współczesny, który wcześniej nie należał do najbardziej udanych. Chociaż "przebudowany" to nieco chybione słowo, bo po prawdzie został on po prostu w całości wywalony do kosza. W zamian otrzymaliśmy enigmatyczne anomalie, które mogliśmy już podziwiać w Shadows, i powiem szczerze, że w większości są one naprawdę świetne. Nie zaburzają poczucia obecności w symulacji, ale niwelują największe bolączki nudnych i powtarzalnych etapów w teraźniejszości. Najważniejsze, że etapy w anomaliach są całkiem zróżnicowane i każda stanowi swoistą zagadkę środowiskową, która odkrywa kolejne skrawki tajemnic Animusa. Warto zatem poświęcić im nieco czasu.
Nie tylko piracki przykuc
Anomalią dla nowych graczy może okazać się to, że pierwotnie Edward nie potrafił nawet kucać. Oczywiście ta kwestia została w Resynced poprawiona i od teraz, jeśli tylko zechcecie, możecie nawet całą grę przechodzić na kuckach, aż nie zaboli was w krzyżu. Można się śmiać, ale ta z pozoru prosta zmiana całkowicie odmienia większość misji. Całkowicie zrezygnowano z synchronizacji wydarzeń, którą osobiście lubiłem, ale akurat w Black Flag potrafiła mocno zepsuć wiele klimatycznych akcji. Wszystkich weteranów ucieszy również większa przejrzystość celów do wykonania oraz brak ekranu przerwania misji w chwili, gdy ktoś przykładowo nas zauważy. To definitywny koniec upierdliwych zadań eskortowych oraz śledzących, które w pierwowzorze najbardziej dawały w kość.
Edward nauczył się także nurkować. Wcześniej mógł to robić jedynie w predefiniowanych miejscach – np. w czasie plądrowania wraków statków. Obecnie możemy zanurkować niemal wszędzie, co oczywiście nie przekłada się wyłącznie na piękne, podmorskie widoki, ale również większą ilość podwodnych skarbów. Życie pirata nabrało tym samym jeszcze więcej kolorytów.
System parkouru również doczekał się gruntownej przebudowy, co za tym idzie, postać reaguje na nasze intencje w sposób bardziej responsywny. Do gry trafiło wiele elementów znanych z ostatnich części, dzięki czemu poruszanie się jest płynniejsze i znacznie bardziej intuicyjne. Co jednak ciekawe, rozgrywka nie stała się przez to łatwiejsza i zachowała charakterystyczne smaczki ruchów Edwarda z pierwowzoru. Ponownie zatem poza miastami przemierzać będziemy bezludne wyspy oraz dżungle, po których naszą ścieżkę będą wyznaczać jedynie konary i gałęzie drzew. Resynced w moich oczach pod tym względem nie utraciło nic z dawnego uroku.
Ale dobry pirat, a tym bardziej asasyn, musi potrafić również walczyć. Jeśli chodzi o ten aspekt, to powiedziałbym, że twórcy znaleźli złoty środek pomiędzy klasycznymi a nowymi odsłonami serii. To już nie te czasy, w których każdy przeciwnik podbiega do nas z osobna. Od teraz mamy do czynienia z dynamiczną walką, w której udział bierze wielu przeciwników jednocześnie. Świetnie sprawdza się tu całkowicie nowy system parowania i wykonywania uników. Dodatkowo znacznie płynniej możemy przechodzić pomiędzy bronią do walki wręcz i palną, co daje poczucie jeszcze większego efekciarstwa potyczek. Na odbiór całości wpływają niewątpliwie także nowe animacje eliminacji, które co prawda z czasem robią się powtarzalne, ale i tak cieszą oczy. Spodobało mi się to, że od teraz do każdego rodzaju przeciwnika trzeba podchodzić w inny sposób. Jasne, uniki i bloki zawsze miały znaczenie, ale teraz całość jest znacznie bardziej dynamiczna, a co za tym idzie, widowiskowa.
Kapitan i jego Kawka
Miłośników skrytobójstwa ucieszy fakt, że powróciło klasyczne ukryte ostrze i nikt w tym obrębie nie próbował kombinować. Podobnie jak w pierwszych odsłonach cyklu, za pomocą oręża asasynów jesteśmy w stanie wyeliminować ukradkiem każdy cel i nie musimy w żaden sposób rozwijać związanych z tym umiejętności. Natomiast rozwijać możemy poszczególne elementy ekwipunku Edwarda, a robimy to za pomocą zdobytych skór zwierząt. System jest bardzo podobny do tego klasycznego z Black Flag, ale zwyczajnie od teraz jest bardziej przejrzysty.
Bo wszystko, jak zwykle, opiera się na najmniejszych niuansach. Twórcy zadbali o to, by gra odpowiednio komunikowała się z graczem. Wszystkie ikonki i znaczniki są wyraźniejsze i nie ma możliwości, by się w nich pogubić. Odwiedzając punkty synchronizacji, od razu wiemy, co musimy zrobić w danej lokacji, by odhaczyć ją na 100%, i przyznam, że w czasie rozgrywki uwielbiałem to robić. Dawało mi to jakąś dziką satysfakcję, nie mówiąc o tym, że nowe elementy ekwipunku możemy czasem znaleźć w nieoczekiwanych miejscach.
Mówiąc już o samym ekwipunku, to obecnie przypomina on bardziej ten z nowych odsłon i sprowadza się do wrzucenia odpowiedniego sprzętu w dedykowane miejsca. Nowością są talizmany, które zwykle obdarzają Edwarda pasywną umiejętnością – przykładowo mogą sprawić, że dłużej może oddychać pod wodą lub zbierze więcej skór ze zwierząt. Dodatkowo w czasie przygody spotykamy na swojej drodze kilka kotów i małpek, które mogą dumnie zasiąść przy sterze Kawki. Niby mała głupotka, ale naprawdę sympatyczna. I tak, po drodze możemy głaskać oraz karmić różne zwierzątka – możecie zatem śmiało już kupować grę.
Nie byłoby jednak kapitana bez okrętu. Bo kto z nas nie lubi mieć poczucia w grze, że wraca do domu? Ja lubię. No i Kawka to faktycznie nasz mobilny dom, o który również należy zadbać. Kupowanie w portach kolejnych ulepszeń pomoże nam przeciwstawić się kolejnym, coraz to silniejszym wrogom. Ale warto robić to także ze stylem, bo tak kolejny raz możemy dowolnie upiększać okręt o nowe żagle, kadłub czy też figurę na dziobie. Dodatkowo możemy teraz lekko modyfikować stroje naszej załogi, chociaż tutaj wybór nie jest jakiś olbrzymi i mam wrażenie, że po premierze wiele takich estetycznych dobrodziejstw trafi do sklepu – tak jak było to w przypadku poprzednich odsłon.
Celowo wspomniałem o Kawce jako mobilnym domu, bo oczywiście powraca dobrze znana fanom wyspa Great Inagua, która dość szybko staje się naszą prawdziwą kryjówką. Twórcy zdecydowali się znacząco poszerzyć rozwój naszej osady, która od teraz przynosi nam faktyczne korzyści. Każda wybudowana placówka odblokowuje nowe możliwości oraz sprzęty. Pojawiło się też kilka nowości, takich jak przystań rybacka i targ skarbów. Niektóre miejsca, takie jak przybytek uciech, po odbudowie pozwalają przykładowo za darmo wynajmować tancerki oraz dają pasywne premie dla załogi i statku. W innych, po uzyskaniu odpowiedniego poziomu budynku, odblokowują się legendarne ubrania i bronie.
Zdecydowanie jest tu co robić, a biorąc pod uwagę, że nasza posiadłość sama w sobie skrywa kilka sekretów, pierwsze godziny rozgrywki skupiałem się głównie właśnie na poprawieniu dobrobytu własnej społeczności. Dodam jeszcze na szybko, że kryjówka w czasie przygody nieco się zmienia i pojawiają się w niej nowi mieszkańcy, więc przynajmniej z pozoru sprawia wrażenie żywego miejsca.
Piraci z Karaibów to ładne chłopaki
No ale właśnie, wyspiarski świat asasynów jeszcze nigdy nie był tak piękny i można w nim wręcz utonąć… dosłownie. Już od pierwszych sekund obcowania z tytułem nie mogłem napatrzeć się na poszczególne lokacje, zjawiska pogodowe, a nawet modele poszczególnych bohaterów. Twórcy celowo stawiają nas w pewnych sytuacjach, tak byśmy mogli nacieszyć się spektakularnymi scenami, a potem zebrać swoje szczęki z podłogi. Pierwsze wpłynięcie Kawki w burzę z trąbami powietrznymi to moment, którego zwyczajnie nie da się zapomnieć, i piszę w tym miejscu również o emocjach mu towarzyszących.
Dynamicznie zmieniająca się pogoda oraz pora dnia sprawiają, że praktycznie każda wyprawa jest niezwykła i właśnie przez to praktycznie nie korzystałem z szybkiej podróży. Co ważniejsze, zmienne warunki mają oczywiście wpływ także na okręty przeciwników i wielokrotnie odpowiednie ich wykorzystanie pozwoliło mi wyjść zwycięsko z beznadziejnej, zdawać by się mogło, sytuacji. Pływanie Kawką jeszcze nigdy nie było tak spektakularne i atrakcyjne. I choć morskie przygody stanowiły oczywiście esencję Black Flag, to nie możemy zapomnieć, że gra ma znacznie więcej do zaoferowania. Bo i same miasta są od teraz znacznie żywsze, a każda, nawet najmniejsza wyspa sprawia wrażenie naturalnego miejsca. Czasami warto również wskoczyć do głębokiej wody, chociażby po to, by podziwiać rafy koralowe i głębiny – a zaręczam, że jest co podziwiać.
Mimo przepięknej oprawy graficznej Black Flag nie byłoby kompletnym doznaniem bez kultowego już udźwiękowienia. Powracają tak uwielbiane przez wszystkich szanty i jest ich teraz nawet nieco więcej. Do gry trafiło również kilka nowych aranżacji znanych utworów, ale wykonano je w poszanowaniu oryginalnej ścieżki dźwiękowej. Nie mogę również pominąć powrotu Matta Ryana, który kolejny raz wręcz perfekcyjnie użyczył głosu Kenwayowi. Wszystko wygląda i brzmi po prostu fenomenalnie i nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że Resynced to w chwili obecnej jedna z najładniejszych odsłon w obrębie całej marki.
Zdjęcie w pełnym rozmiarze












Niewielka dziura w kadłubie
Ale mimo wszystko, będąc sprawiedliwym, idealnie nie jest. Podczas kilkunastu godzin rozgrywki pojawiają się błędy, które są już typowe dla gier Ubisoftu. Przyznaję, że najbardziej doskwierały mi momenty, w których Edward blokował się na jakimś obiekcie, co sprawiało, że dwukrotnie musiałem zaczynać misję od nowa. Aczkolwiek, biorąc pod uwagę długość rozgrywki, procentowo nie wypadało to aż tak źle. Podobna sytuacja może występować niestety w przypadku postaci niezależnych czy naszych celów. Przykładowo raz miałem sytuację, w której pokonałem cel jako pierwszy, a po walce z jego obstawą nie odpaliła mi się scenka fabularna – no i ponownie, jedynie uruchomienie ostatniego zapisu naprawiło sytuację.
Przez większość czasu gra działała raczej stabilnie i Kawka chrupnęła mi jedynie sporadycznie w czasie konfrontacji z większą ilością statków. Ale takie sytuacje mógłbym naprawdę policzyć na palcach jednej ręki, więc przy tak dobrej oprawie i bogatym świecie gry nie popsuło mi to zupełnie frajdy z zabawy. Tę natomiast popsuć mogą miejscami doczytujące się tekstury, które szczególnie dały mi się we znaki w jednej scenie fabularnej.
A jeśli już przy tym jesteśmy, to w grze siłą rzeczy pojawiło się znacznie więcej scen przerywnikowych i kilkakrotnie miałem wrażenie, że mimo wszystko są one mniej dopieszczone technicznie niż te, które widzieliśmy w pierwszej wersji. Mam tu na myśli głównie linie fabularne naszych oficerów i pomniejsze zadania, w których chociażby motion capture bardziej odstawał. Jednocześnie to moje czepialstwo i bierzcie na to poprawkę, bo i tak owe przerywniki są na co najmniej solidnym poziomie.
No i zasadniczo to tyle. Oczywiście dla wielu graczy minusem będzie chociażby obecny sklep w grze, ale do niego chyba już wszyscy się przyzwyczailiśmy i nikt po prawdzie nie nakazuje nikomu z niego korzystać. Natomiast sama gra działa bardzo dobrze, a przynajmniej ja nie natknąłem się na bardziej rażące sytuacje. Nowe przygody Edwarda ani razu nie zostały mi siłowo przerwane i raczej przebiegałem przez nie bez większych problemów. Pozostaje mi mieć nadzieję, że po aktualizacjach premierowych nadal tak będzie i równie dobrze będziecie się bawili, pływając po karaibskich wodach.
Zdjęcie w pełnym rozmiarze

Jo ho, jo ho!
Nigdy nie sądziłem, że to napiszę, ale… jak się okazuje, faktycznie nie należy mówić nigdy. Choć nie byłem wielkim fanem Edwarda, tak wersja Resynced całkowicie odmieniła moje postrzeganie i obecnie uważam pirackie przygody za jedną z najlepszych odsłon w obrębie całej marki. Zrezygnowanie w całości ze słabego trybu wieloosobowego wyszło jedynie na korzyść, bo otrzymaliśmy pełnoprawne, wzbogacone o wiele treści i do tego piękne jak nigdy wcześniej solowe doświadczenie.
Czarna bandera z białą czaszką ponownie z dumą trzepocze na maszcie, a kapitan Kawki powrócił w pełni chwały. I muszę przyznać, że prawdopodobnie szybko zdetronizowany nie będzie, a przynajmniej do momentu, w którym Ubisoft nie pokusi się o nową wersję trylogii Ezio – choć sam mam cichą nadzieję na potraktowanie w taki sposób trzeciej odsłony serii, która w moich oczach jest niesłusznie najbardziej niedoceniona. A tymczasem Assassin’s Creed: Black Flag Resynced to w chwili obecnej najlepsza i najbardziej kompletna wersja przygód Edwarda Kenwaya. To w końcu gra, której wizję mieliśmy w głowach, grając przed laty w pierwowzór, ale wówczas nie wiedzieliśmy jeszcze, że wprowadzone zmiany są nam tak bardzo potrzebne. Kanoniczna już historia została polana w końcu asasyńskim sznytem i stała się tym samym najlepszym, co obecnie ma nam Ubisoft do zaprezentowania.
Assassin’s Creed: Black Flag Resynced dane mi było ogrywać na podstawowej wersji konsoli PlayStation 5. Tytuł jest także dostępny w wydaniu na komputery PC oraz konsole Xbox Series X i Xbox Series S.
Ocena: 9/10
- Pomniejsze problemy techniczne
- Walka staje się z czasem powtarzalna
- Sztuczna inteligencja wrogów
- Stare dobre Black Flag
- ... ale w swoim najlepszym wydaniu!
- Piękna oprawa graficzna
- Piękne efekty pogodowe
- Rozbudowane mechaniki rozwoju osady
- Dodatkowe wątki fabularne
- Ulepszone sterowanie - w tym kucanie
- Więcej szant! I ogólnie ścieżka dźwiękowa
- Przepełnione aktywnościami Karaiby
- Liczne pomniejsze poprawki i zmiany
