Valor Mortis - recenzja. Polski soulslike, który łączy napoleońską wojnę z koszmarem rodem z body horroru
Po kilku dniach spędzonych z Valor Mortis miałem mały dylemat jak ocenić tą grę. Z jednej strony mamy wymagającą walkę, klimatyczny świat i przeciwników, których projekty potrafią wywołać dyskomfort, z drugiej zaś produkcję, która nie zawsze wykorzystuje drzemiące w niej możliwości. Polskie studio One More Level łączy tu napoleońską alternatywną historię z soulslike'iem widzianym z perspektywy pierwszej osoby, dorzucając do tego parkour, elementy metroidvanii i body horror. Nie oznacza to jednak, że cesarska armia maszeruje tu bez żadnych potknięć.
W recenzji znajdziesz:
- Napoleon podbił Europę, a świat zamienił się w koszmar
- Walka daje radę. Parowanie i kontry to najmocniejszy punkt gry
- Transmutacja dobrze uzupełnia szermierkę, ale mogłoby być jej więcej
- Eksploracja i elementy metroidvanii. Valor Mortis nagradza ciekawość
- Valor Mortis potrafi zachwycić oprawą, ale zdarzają się błędy techniczne
- Polski soulslike ma swoją tożsamość i warto dać mu szansę
Napoleon podbił Europę, a świat zamienił się w koszmar
Historia Valor Mortis rozpoczyna się na polu bitwy, wśród ciał francuskich i rosyjskich żołnierzy, którzy zamiast spokojnie spoczywać po śmierci, stali się częścią czegoś znacznie gorszego. W alternatywnej wersji historii Napoleon Bonaparte zwyciężył pod Waterloo i kontynuował ekspansję, ale jego imperialne ambicje zeszły na dalszy plan, gdy Europę zaczęła pochłaniać tajemnicza zaraza Crimson Plague. Wcielamy się w Williama Dowsetta, członka Legionu Cudzoziemskiego służącego pod rozkazami cesarza, który budzi się w świecie, gdzie dawni towarzysze broni przeistoczyli się w groteskowe monstra. Szybko okazuje się, że nie mamy do czynienia z kolejną opowieścią o dzielnym żołnierzu przedzierającym się przez pole bitwy, lecz z wyprawą do krainy, w której wojna przekroczyła wszelkie granice ludzkiego pojmowania. Już sam ten pomysł sprawia, że Valor Mortis wyróżnia się na tle wielu gier akcji, które wolą bezpiecznie korzystać ze sprawdzonych schematów niż ryzykować zderzenie pozornie odległych konwencji.
Największą siłą tego świata jest połączenie historycznych skojarzeń z horrorem cielesnym, który nie ogranicza się do kilku efektownych przeciwników i okazjonalnej scenki. Zamiast tego niemal wszędzie widać ślady katastrofy, od pobojowisk i zrujnowanych zabudowań po wioski, w których życie zostało brutalnie przerwane. Szczególnie zapadła mi w pamięć ponura osada skąpana w rzęsistym deszczu, gdzie atmosfera zagrożenia działa nawet wtedy, gdy akurat nie walczymy z żadnym przeciwnikiem. W pewnym momencie można trafić do pozornie pustego domu, usłyszeć płacz niemowlęcia i dostrzec zakrwawioną kołyskę, by po chwili odkryć, że w środku nie ma nikogo. To właśnie takie drobne sytuacje robią więcej dla klimatu niż dziesiątki nachalnych prób przestraszenia gracza, ponieważ pozostawiają przestrzeń dla wyobraźni i nie podają wszystkich odpowiedzi na tacy.
Projektanci przeciwników zasługują na osobne uznanie, bo Crimson Plague najwyraźniej nie uznaje żadnych ograniczeń w kwestii tego, co można zrobić z ludzkim ciałem. Spotykamy zdeformowanych żołnierzy, groteskowe zlepki ciał i elementów wyposażenia, a także stworzenia, które przypominają efekt współpracy Davida Cronenberga z Hansem Ruedim Gigerem. Jeden z najbardziej niepokojących typów wrogów potrafi wykręcić szyję w nienaturalny sposób, rozewrzeć głowę niczym paszczę i ruszyć na nas w pozycji przypominającej chore zwierzę. Podobne pomysły sprawiają, że zwykłe przemierzanie lokacji potrafi być równie interesujące jak walka z bossem, a w pamięci zostają nie tylko nazwy przeciwników, lecz także ich niepokojące sylwetki. Szkoda jedynie, że fabuła nie zawsze nadąża za tak mocnym otwarciem, bo opowieść o zarazie, Napoleonie i Williamie ma znacznie większy potencjał, niż ostatecznie udaje się jej wykorzystać.
Walka daje radę. Parowanie i kontry to najmocniejszy punkt gry
Najważniejszym elementem rozgrywki jest walka, a One More Level udowadnia, że perspektywa pierwszej osoby może sprawdzić się w soulslike'u znacznie lepiej, niż można byłoby przypuszczać. Podstawy są stosunkowo proste: jednym przyciskiem wyprowadzamy lekkie ciosy, a jego przytrzymanie pozwala wykonać mocniejszy atak. Nie możemy jednak bezmyślnie machać bronią, ponieważ każde uderzenie kosztuje wytrzymałość, a jej wyczerpanie szybko wystawia nas na niebezpieczeństwo. Duże znaczenie ma również blokowanie, po którym odpowiednio szybka kontra pozwala odzyskać część utraconego zdrowia, dzięki czemu dobrze rozegrana wymiana ciosów potrafi odwrócić losy pojedynku. Najwięcej przyjemności sprawia jednak parowanie, które przy właściwym wyczuciu czasu pozwala zanegować obrażenia i uniknąć kosztu wytrzymałości, a następnie przejść do ofensywy. Gdy kilka takich akcji z rzędu zakończy się sukcesem, zaczynamy czuć, że naprawdę kontrolujemy przebieg starcia, zamiast jedynie desperacko próbować przetrwać kolejne sekundy.
Walka nie sprowadza się przy tym wyłącznie do szabli i refleksu, bo wraz z postępami otrzymujemy kolejne narzędzia, które uzupełniają nasz arsenał. Początkowa szabla to broń wszechstronna, dobrze wyważona pod względem szybkości, obrażeń i możliwości prowadzenia defensywy, a przy tym świetnie współpracująca z ogniem. Rapier oferuje zupełnie inne podejście, stawiając na szybkie, precyzyjne pchnięcia i mniejsze zużycie wytrzymałości, ale nie pozwala na zwykłe blokowanie ciosów. To broń dla osób, które wolą polegać na refleksie, odpowiednim ustawieniu i unikach, a w pojedynkach z pojedynczymi przeciwnikami, w tym bossami, potrafi pokazać pełnię swoich możliwości. Później możemy sięgnąć również po Claymore, czyli ciężki miecz dwuręczny, który zadaje potężne obrażenia i dysponuje efektownymi atakami specjalnymi, choć wymaga rozsądnego gospodarowania energią. Nie ma tu ogromnej liczby broni, ale każda z dostępnych propozycji ma swoje zastosowanie, co zachęca do eksperymentowania zamiast kurczowego trzymania się jednego rozwiązania.
Swoje miejsce w systemie walki mają także pistolety i pozostała broń palna, dzięki którym pojedynki nabierają dodatkowej dynamiki. Pistolet przydaje się nie tylko do osłabiania wrogów, lecz także do niszczenia charakterystycznych czerwonych punktów blokujących mechanizmy i przejścia, dlatego warto mieć go pod ręką również podczas eksploracji. Garłacz, jest natomiast prawdziwym potworem na krótkim dystansie, szczególnie gdy uda nam się wykorzystać jego siłę przeciwko bardziej odpornemu przeciwnikowi lub wrażliwemu punktowi bossa. Z czasem dochodzi również muszkiet pozwalający precyzyjnie eliminować cele znajdujące się w większej odległości. Amunicja jest ograniczona, więc nie można traktować broni palnej jako niekończącego się zamiennika miecza, choć jej zapasy da się uzupełniać przy latarniach i dzięki pokonywaniu wrogów. Najbardziej podoba mi się to, że arsenał nie istnieje wyłącznie po to, by nabić statystyki w menu, ale faktycznie pomaga rozwiązywać konkretne problemy na polu walki. Jeśli dodamy do tego efektowne finishery, podczas których William potrafi brutalnie rozprawić się z osłabioną bestią, otrzymujemy system, który w najlepszych momentach potrafi naprawdę mocno uzależnić.
Transmutacja dobrze uzupełnia szermierkę, ale mogłoby być jej więcej
Jednym z ciekawszych pomysłów w Valor Mortis są Transmutacje, czyli nadnaturalne zdolności, które pozwalają Williamowi korzystać z mocy wykraczających poza możliwości zwykłego żołnierza. Pierwszą z nich jest Fire Transmutation, dzięki której możemy atakować przeciwników ogniem, podpalać ich i skutecznie radzić sobie z większymi grupami słabszych wrogów. Ogień ma jednak również zastosowanie poza walką, ponieważ pozwala przepalać wybrane przeszkody i otwierać drogę do wcześniej niedostępnych fragmentów lokacji. Stasis Transmutation umożliwia natomiast zamrażanie lub spowalnianie przeciwników, co daje cenne sekundy na wyprowadzenie mocnej kombinacji albo bezpieczne przejście do defensywy. Silniejsze potwory wymagają większego nakładu energii, dlatego nie da się rozwiązać każdego starcia jednym kliknięciem i trzeba rozsądnie planować wykorzystanie dostępnych zasobów. Później otrzymujemy także Shield Transmutation, czyli ochronną barierę, która pochłania część zagrożeń i pozwala przechodzić przez niebezpieczne obszary, w tym zatrute chmury czy podpalone podłoże. Szkoda, że lista takich zdolności nie jest dłuższa, ponieważ już te trzy pokazują, jak wiele można wycisnąć z połączenia tradycyjnej walki z nadnaturalnymi mocami.
Transmutacje dobrze współpracują z bronią, a ich największą zaletą jest to, że nie trzeba traktować ich jako osobnego systemu, do którego zaglądamy tylko w określonych sytuacjach. Możemy łączyć ataki mieczem z użyciem ognia, osłabiać przeciwników Stazą i dopiero wtedy przystępować do ofensywy albo korzystać z broni palnej, by wykorzystać słaby punkt przeciwnika. W praktyce takie kombinacje dają sporo satysfakcji, zwłaszcza kiedy zaczynamy rozumieć, jak poszczególne elementy wpływają na siebie nawzajem. Warto też rozglądać się za otoczeniem, ponieważ wybuchowe beczki i inne niebezpieczne obiekty potrafią błyskawicznie zmienić wynik starcia, szczególnie gdy przeciwników jest kilku. Grenadierzy bywają znacznie mniej groźni, jeśli odpowiednio wykorzystamy ogień, a tarczowników najłatwiej potraktować z flanki zamiast próbować przełamać ich obronę frontalnym atakiem. Czasem wystarczy też zakraść się do przeciwnika od tyłu i wyeliminować go jednym uderzeniem, zanim zdąży wszcząć alarm. Takie sytuacje sprawiają, że Valor Mortis nie jest wyłącznie testem refleksu, lecz również grą, w której obserwacja i planowanie potrafią oszczędzić sporo zdrowia.
Rozwój postaci jest jednak jednym z tych elementów, które pozostawiają pewien niedosyt, szczególnie jeśli ktoś lubi spędzać długie godziny na dopracowywaniu własnego buildu. Za pokonywanie przeciwników oraz odkrywanie ukrytych przedmiotów otrzymujemy punkty Catalyst, pełniące jednocześnie funkcję waluty i doświadczenia. Przy latarniach możemy wydawać zgromadzone zasoby na kolejne poziomy, zwiększać wybrane parametry Williama i odblokowywać perki, które modyfikują jego możliwości. System ma tę zaletę, że pozwala stosunkowo szybko zrozumieć zasady rozwoju, a wybór kilku dostępnych ulepszeń na poszczególnych etapach nie przytłacza początkującego gracza. Możemy także zresetować wydane punkty i rozdzielić je na nowo, co ułatwia eksperymentowanie bez konieczności rozpoczynania całej przygody od początku. Dodatkowe możliwości dają Amber, czyli przedmioty zapewniające specjalne efekty, takie jak stopniowe odnawianie zasobów Nephtoglobin, wykorzystywanych do uruchamiania nadnaturalnych zdolności. Problem w tym, że mimo kilku interesujących pomysłów system nie daje tak szerokiego pola do tworzenia odmiennych stylów gry, jakiego oczekiwałbym po produkcji z tego gatunku. Przydałoby się więcej umiejętności, modyfikatorów i sposobów łączenia dostępnych zdolności, aby rozwój bohatera w jeszcze większym stopniu zależał od indywidualnych preferencji gracza.
Eksploracja i elementy metroidvanii. Valor Mortis nagradza ciekawość
Jeśli miałbym wskazać obszar, w którym Valor Mortis pozytywnie mnie zaskoczyło, byłby to projekt poziomów. Lokacje nie są ogromnymi, otwartymi światami, ale ich rozplanowanie sprawia, że stosunkowo niewielkie przestrzenie potrafią zaoferować zaskakująco dużo możliwości. Przemierzamy pola bitewne, ponure wioski, kopalnie i inne miejsca dotknięte przez Crimson Plague, a pomiędzy kolejnymi fragmentami przygody czekają nas ekrany ładowania. Poszczególne etapy są dość liniowe w ogólnym układzie, ale jednocześnie rozgałęziają się na boczne ścieżki, ukryte przejścia i opcjonalne obszary, dzięki czemu nie mamy wrażenia ciągłego podążania jednym korytarzem. Można odnieść wrażenie, że twórcy wyciągnęli wnioski z pracy nad Ghostrunnerem, tym razem stawiając na spokojniejsze tempo i większą swobodę w odkrywaniu otoczenia. Co ważne, poziomy nie ciągną się w nieskończoność, a ich długość jest na tyle rozsądna, że eksploracja nie zaczyna nużyć nawet wtedy, gdy szukamy każdego ukrytego przedmiotu.
Bardzo dobrze wypadają również elementy metroidvanii, które stopniowo zmieniają sposób, w jaki patrzymy na odwiedzone już miejsca. Wraz z postępami zdobywamy nowe zdolności, takie jak Nephtoglobin Grapple, pozwalający przyciągać się do określonych punktów otoczenia, oraz możliwości manipulowania wybranymi platformami. W niektórych miejscach możemy także biegać po ścianach, przeskakiwać nad przepaściami i huśtać się na drążkach, co nadaje przemieszczaniu się przyjemnej dynamiki. Co istotne, sekcje platformowe nie dominują całej rozgrywki i zwykle stanowią urozmaicenie pomiędzy kolejnymi starciami, zamiast wymuszać wielominutowe powtarzanie trudnych skoków. Kiedy po zdobyciu nowej umiejętności wracamy do wcześniejszej lokacji i odkrywamy przejście, którego wcześniej nie mogliśmy pokonać, pojawia się przyjemne poczucie, że nasza wiedza o świecie rzeczywiście rośnie. Niektóre skróty i znajdźki wymagają dokładniejszego przyjrzenia się otoczeniu, ale wysiłek zazwyczaj ma sens, ponieważ nagrodą bywają materiały do ulepszania broni, Catalyst lub inne przydatne przedmioty. W moim odczuciu to właśnie połączenie eksploracji, parkouru i stopniowego odblokowywania kolejnych dróg sprawia, że Valor Mortis potrafi wyróżnić się na tle bardziej zachowawczych przedstawicieli gatunku.
Nie oznacza to jednak, że wszystkie rozwiązania związane z odkrywaniem świata są równie udane. Zdarza się, że trafiamy na przedmiot albo wydarzenie, którego znaczenie staje się jasne dopiero po rozpoczęciu zadania pobocznego, a wcześniejsza wizyta w tym samym miejscu nie daje żadnej wskazówki, że warto będzie tam wrócić. Takie sytuacje potrafią być irytujące, ponieważ zamiast poczucia, że odkryliśmy coś dzięki spostrzegawczości, pojawia się wrażenie, że gra arbitralnie zdecydowała o pojawieniu się kolejnego elementu. Nie wszystkie sekrety są również równie dobrze zasygnalizowane, więc czasami trudno odróżnić interesującą ścieżkę od miejsca, które nie kryje niczego poza kolejną porcją przeciwników. Mimo tych niedociągnięć uważam, że projekt lokacji należy do największych zalet produkcji, zwłaszcza że twórcy umiejętnie łączą otwarte przestrzenie z ciasnymi wnętrzami i fragmentami wymagającymi precyzyjnego poruszania się. Po pokonaniu pierwszego bossa odblokowujemy możliwość szybkiej podróży między odkrytymi latarniami, co ułatwia powroty do wcześniejszych obszarów. Chwilę potem otrzymujemy również dostęp do Abandoned Church, pełniącego rolę bezpiecznej bazy z warsztatem, gdzie możemy ulepszać broń, zarządzać wyposażeniem i przygotowywać się do kolejnych wypraw. Całość dobrze współgra z konstrukcją gry, choć niektóre zadania poboczne mogłyby być wyraźniej sygnalizowane, a ich przebieg nieco bardziej logiczny.
Zdjęcie w pełnym rozmiarze
















Valor Mortis potrafi zachwycić oprawą, ale zdarzają się błędy techniczne
Od strony wizualnej Valor Mortis potrafi zrobić bardzo dobre wrażenie, przede wszystkim dzięki spójnej stylistyce i umiejętnemu wykorzystaniu niepokojącego otoczenia. Nie jest to produkcja, która próbuje zachwycić wyłącznie liczbą detali czy efektownymi technologiami graficznymi, ponieważ najważniejsze okazują się tu kompozycja lokacji, oświetlenie i pomysłowe projekty stworzeń. Deszczowa wioska, opustoszałe pole bitwy czy wnętrza skażonej kopalni potrafią zbudować atmosferę, która zostaje w pamięci nawet po zakończeniu danego etapu. Na uwagę zasługuje także sposób, w jaki gra przedstawia przeciwników, łącząc elementy dawnych mundurów i wojskowego wyposażenia z deformacjami, które wyglądają jak efekt wyjątkowo nieudanego eksperymentu. Niektóre sceny i modele potrafią być naprawdę obrzydliwe, ale nie sprawiają wrażenia przypadkowego epatowania makabrą, ponieważ wpisują się w temat zarazy niszczącej wszystko, co napotka na swojej drodze. W rezultacie otrzymujemy świat z własną tożsamością, a nie tylko kolejną ponurą krainę, w której dla zasady przygaszono wszystkie kolory.
Wrażenie robi również sposób, w jaki Valor Mortis wykorzystuje dźwięk podczas walki i eksploracji. Odgłosy uderzających o siebie ostrzy, parowania ciosów oraz brutalnych finisherów pomagają poczuć ciężar starć, co jest szczególnie istotne w grze obserwowanej z perspektywy pierwszej osoby. Dzięki temu dobrze wykonana kontra daje satysfakcję nie tylko za sprawą animacji, ale również wyraźnej reakcji dźwiękowej, która podkreśla skuteczność naszego działania. Nie wszystkie elementy oprawy audiowizualnej wypadają równie mocno, a niektóre sceny i fragmenty narracji mogłyby zostać lepiej wykorzystane, ale całościowo atmosfera jest jednym z najważniejszych powodów, dla których warto dać tej produkcji szansę. Na pochwałę zasługuje także czytelność podstawowych mechanik, ponieważ już po krótkim czasie wiemy, kiedy warto parować, kiedy lepiej wykonać unik i jak korzystać z dostępnych zdolności. Gra nie próbuje niepotrzebnie komplikować każdego starcia, dlatego również osoby, które nie spędziły setek godzin z soulslike'ami, mogą stosunkowo szybko odnaleźć się w jej zasadach. Oczywiście nie oznacza to, że każda potyczka jest łatwa, ale trudność wynika przede wszystkim z konieczności nauczenia się zachowań przeciwników, a nie z ukrywania podstawowych informacji przed graczem.
Podczas rozgrywki na PlayStation 5 nie obyło się jednak bez problemów technicznych, choć trzeba zaznaczyć, że po premierze pojawiły się już aktualizacje poprawiające działanie gry. Sporadycznie można natrafić na drobne błędy graficzne, takie jak nienaturalnie zachowujące się fragmenty modeli czy odcięta głowa przeciwnika, która potrafi zawisnąć w powietrzu albo rozciągnąć się w sposób przypominający niezamierzony efekt specjalny. Zdarzają się też sytuacje, w których sztuczna inteligencja wrogów gubi orientację i przeciwnik potrafi zaciąć się w miejscu, co odbiera starciu część napięcia. W grze opartej na precyzyjnym parowaniu, unikach i odpowiednim wyczuciu czasu nawet niewielkie problemy z działaniem potrafią przeszkadzać bardziej niż w produkcji, w której liczy się przede wszystkim spokojna eksploracja. Nie chcę jednak przekreślać całej oprawy technicznej z powodu pojedynczych potknięć, zwłaszcza że poprawki po premierze mają znaczenie przy ocenie aktualnej wersji, a nie wyłącznie stanu z pierwszego dnia. Warto po prostu pamiętać, że Valor Mortis nie jest pozbawione niedoskonałości, a od tak ważnej dla polskiego studia produkcji chciałoby się oczekiwać nieco większej stabilności. Mimo to na poziomie artystycznym gra broni się zdecydowanie lepiej niż niejedna znacznie bardziej zachowawcza propozycja.
Zdjęcie w pełnym rozmiarze

Polski soulslike ma swoją tożsamość i warto dać mu szansę
Po spędzeniu czasu z Valor Mortis mam wrażenie, że One More Level udało się stworzyć produkcję, która nie tylko korzysta z popularności soulslike'ów, ale również próbuje wnieść do gatunku coś od siebie. Najbardziej przekonuje mnie połączenie napoleońskiej alternatywnej historii z body horrorem, bo trudno pomylić ten świat z czymkolwiek innym na rynku. Równie mocnym elementem jest walka wręcz, szczególnie parowanie i kontry, które potrafią dawać mnóstwo satysfakcji, kiedy zaczynamy rozumieć zachowania przeciwników. Do tego dochodzą rozbudowane, choć w ogólnym zarysie liniowe poziomy, sensownie zaprojektowane skróty, ukryte ścieżki i umiejętności otwierające dostęp do wcześniej niedostępnych miejsc. Wszystko to sprawia, że gra nie nuży samym przemieszczaniem się od jednej areny do drugiej, a eksploracja jest równie istotna jak kolejne starcia. Niektóre fragmenty przywodzą mi na myśl połączenie Bloodborne z Dishonored, choć oczywiście Valor Mortis nie próbuje kopiować żadnej z tych produkcji jeden do jednego. Zamiast tego wykorzystuje kilka znajomych inspiracji, by stworzyć własną mieszankę, która potrafi wciągnąć na długie godziny.
Nie znaczy to, że twórcy wykorzystali cały potencjał swojego pomysłu, bo w kilku miejscach wyraźnie widać przestrzeń do poprawy. Fabuła mogłaby być bardziej odważna i lepiej rozwijać intrygujące wątki, zwłaszcza gdy na naszej drodze pojawia się Lucjan Skawiński, tajemniczy jegomość sprawiający wrażenie osoby, która wie znacznie więcej, niż chce zdradzić. Ciekawych tropów jest sporo, ale nie wszystkie prowadzą do równie satysfakcjonujących odpowiedzi, przez co historia momentami schodzi na dalszy plan, choć przecież jej punkt wyjścia należy do najmocniejszych elementów gry. Do tego dochodzi stosunkowo ograniczona liczba broni i Transmutacji, a także system rozwoju, który mógłby dawać więcej swobody w budowaniu postaci pod konkretny styl walki. Najbardziej odczuwalne jest to po kilku godzinach, kiedy podstawowe schematy starć stają się znajome, a kolejne potyczki nie zawsze potrafią zaskoczyć czymś nowym. W niektórych sytuacjach przeciwnicy zaczynają zachowywać się przewidywalnie, a walka, która początkowo wymagała uważnej obserwacji, stopniowo przechodzi w powtarzanie sprawdzonych kombinacji. Nie przekreśla to przyjemności płynącej z rozgrywki, ale sprawia, że chciałoby się zobaczyć jeszcze kilka pomysłów rozwijających fundamenty, które już teraz działają całkiem dobrze.
Warto również podkreślić, że Valor Mortis nie wymaga od gracza znajomości całej historii gatunku ani wcześniejszego przechodzenia najtrudniejszych przedstawicieli soulslike'ów. Podstawowe zasady są przystępne, rozwój postaci stosunkowo łatwy do zrozumienia, a kolejne mechaniki wprowadzane na tyle stopniowo, że można się z nimi oswoić bez wertowania poradników po każdym nowym etapie. Jednocześnie nie brakuje wyzwań dla osób, które lubią uczyć się schematów ataków, szukać słabych punktów przeciwników i poprawiać swoje wyniki po kolejnych porażkach. Dużym plusem jest też możliwość pauzowania gry, co w tego rodzaju produkcjach nie zawsze jest oczywistością i pozwala na chwilę odetchnąć bez obawy, że przeciwnik wykorzysta naszą nieuwagę. Brak komponentu sieciowego sprawia natomiast, że jest to przygoda nastawiona na samotną wyprawę przez zrujnowaną Europę, bez konieczności dostosowywania się do innych graczy czy dodatkowych aktywności online. Jeśli lubicie mroczne światy, pomysłowych przeciwników i walkę opartą na refleksie, Valor Mortis zdecydowanie zasługuje na uwagę, zwłaszcza że polskie studio odważyło się wyjść poza bezpieczne ramy znanych schematów. Nie jest to produkcja idealna, ale ma charakter, potrafi zaskoczyć i przede wszystkim daje sporo przyjemności z samego grania. A to w przypadku gry akcji jest dla mnie argumentem znacznie ważniejszym niż bezbłędna realizacja każdego pojedynczego pomysłu.
Valor Mortis ogrywałem w wersji na konsole PlayStation 5. Gra ponadto ukazała się również na konsolach Xbox Series X i Xbox Series S oraz na komputerach PC.
Ocena: 8/10
- Niewykorzystany potencjał fabularny
- Relatywnie skromny arsenał
- Okazjonalne błędy techniczne
- Oryginalny setting łączący historię z fikcją
- Satysfakcjonująca szermierka
- Ładna oprawa graficzna
- Lokacje pozwalają na zabawę z otoczeniem
- Świetnie zaprojektowani wizualnie wrogowie
- Zaglądanie w każdy zakamarek jest odpowiednio wynagradzane
