Osobista klimatyzacja do kieszeni? Sprawdziliśmy, co potrafi Shark ChillPill

Producenci urządzeń chłodzących próbują wymyślić coś więcej niż tylko zwykły podmuch powietrza z wentylatora, a Shark ChillPill jest jednym z ciekawszych przykładów tego zjawiska. To niewielkie urządzenie łączy w sobie funkcję wentylatora, mgiełki wodnej oraz chłodzenia kontaktowego i wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście potrafi przynieść odczuwalną ulgę w naprawdę gorące dni. Szczególnie dobrze sprawdza się to w podróży, w zatłoczonej komunikacji miejskiej albo po prostu tam, gdzie o klimatyzacji można tylko pomarzyć.
Trzy technologie w jednym niewielkim urządzeniu
To, co wyróżnia wentylator ręczny Shark ChillPill na tle konkurencji, to połączenie trzech różnych metod chłodzenia w jednej, dość kompaktowej obudowie. Pierwsza z nich to klasyczny wentylator z kilkoma poziomami mocy, czyli rozwiązanie znane od lat, więc nie ma tu co specjalnie tłumaczyć zasady działania. Druga funkcja to delikatna mgiełka wodna, która pomaga szybciej schłodzić skórę, zwłaszcza gdy temperatura na zewnątrz robi się już naprawdę nieprzyjemna i człowiek zaczyna się zastanawiać, gdzie by tu uciec przed słońcem. Trzecim elementem jest technologia InstaChill opracowana przez producenta, oparta na specjalnie zaprojektowanej płytce chłodzącej.
Uważam, że to właśnie ten ostatni element budzi największe zainteresowanie wśród osób testujących urządzenie i wcale mnie to nie dziwi. Można przyłożyć chłodzoną powierzchnię do szyi, nadgarstków czy innych miejsc, w których naczynia krwionośne znajdują się blisko skóry, i poczuć niemal natychmiastowy efekt chłodzenia. Przypomina to trochę przyłożenie zimnego kompresu, tylko bez zabawy z lodem czy wkładami żelowymi, które trzeba wcześniej schłodzić w zamrażarce, a które, jak to zwykle bywa, akurat wtedy się kończą, gdy najbardziej ich potrzebujemy. Dla mnie osobiście to spore ułatwienie, bo takie tradycyjne kompresy zawsze wiążą się z dodatkowym planowaniem i pamiętaniem o nich zawczasu.
Całość zamknięto w niewielkiej obudowie, która bez trudu mieści się w torbie, a nawet w większej kieszeni kurtki czy plecaka. Urządzenie ma również wbudowany akumulator, więc korzystanie z niego nie jest uzależnione od dostępu do gniazdka, co moim zdaniem jest dużym plusem, szczególnie latem, gdy najczęściej jesteśmy poza domem. Można go używać praktycznie wszędzie, czy to podczas spaceru, na plaży, w trakcie koncertu, czy po prostu w drodze do pracy, kiedy autobus stoi w korku, a klimatyzacja w środku najwyraźniej postanowiła nie działać.
Nie jest to tani gadżet, ale zainteresowanie może być spore
Największą wadą Shark ChillPill wydaje się cena. Tutaj chyba wielu potencjalnych kupujących może się na chwilę zawahać, zanim zdecyduje się na zakup. W polskich sklepach urządzenie jest już dostępne i kosztuje około 600 złotych, choć w zależności od bieżących promocji kwota ta może się nieco różnić. Za takie pieniądze można kupić naprawdę wydajny wentylator biurkowy, a nawet rozważyć zakup prostego klimatyzatora przenośnego, więc porównania są chyba nieuniknione i rozumiem, skąd biorą się wątpliwości.
Z drugiej strony trudno stawiać te urządzenia w jednym szeregu, bo mają zupełnie inne przeznaczenie i inaczej się ich używa na co dzień. Shark ChillPill nie ma ambicji chłodzenia całego pomieszczenia i chyba nikt racjonalnie myślący nie oczekuje od niego takiej roli. Jego zadaniem jest zapewnienie komfortu jednej konkretnej osobie, niezależnie od tego, gdzie akurat się znajduje, a to zupełnie inna kategoria produktów niż stacjonarna klimatyzacja czy nawet wentylator stojący w salonie. W czasach, gdy fale upałów pojawiają się coraz częściej i trwają coraz dłużej, taki pomysł może znaleźć naprawdę wielu zwolenników.
Warto też wspomnieć, że producent przygotował kilka wariantów kolorystycznych, co cieszy, bo chyba każdy lubi, gdy sprzęt elektroniczny nie wygląda jak kolejne czarne pudełko chowane gdzieś w torbie. Oprócz klasycznej czerni dostępne są także jaśniejsze wersje, dzięki czemu urządzenie bardziej przypomina nowoczesny gadżet lifestyle'owy niż typowy sprzęt AGD. Taki zabieg wizerunkowy ma pewnie ułatwić sprzedaż osobom, które traktują tego typu akcesoria jako element codziennego stylu, a nie tylko praktyczne narzędzie do przetrwania lata.
Czy osobiste systemy chłodzenia to przyszłość?
Rosnące temperatury sprawiają, że producenci elektroniki coraz intensywniej szukają nowych sposobów na poprawę codziennego komfortu użytkowników i wydaje mi się, że to dopiero rozgrzewka przed tym, co nadejdzie. Przez pewien czas bardzo popularne były przenośne wentylatory zakładane na szyję, które można było zobaczyć praktycznie wszędzie latem, od centrów handlowych po plaże. Teraz na rynku pojawiają się bardziej zaawansowane konstrukcje, wykorzystujące chłodzenie kontaktowe albo systemy rozpylania mgiełki i śmiało można powiedzieć, że to dopiero początek tego kierunku rozwoju.
Shark ChillPill świetnie wpisuje się w ten trend i moim zdaniem naprawdę dobrze pokazuje, w którą stronę może zmierzać ten segment rynku w najbliższych latach. Nie jest to urządzenie niezbędne każdemu, ale może okazać się bardzo przydatnym dodatkiem dla osób, które szczególnie źle znoszą wysokie temperatury, a takich osób wcale nie jest mało. Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy podobne rozwiązania staną się kiedyś tak popularne jak słuchawki bezprzewodowe czy smartwatche, ale zainteresowanie nimi z roku na rok wyraźnie rośnie i to widać gołym okiem, choćby po liczbie podobnych produktów pojawiających się na rynku.
Po przyjrzeniu się temu, co potrafi Shark ChillPill, należy uczciwie powiedzieć, że to całkiem sensowny gadżet i wcale nie uważam jego ceny za wygórowaną, biorąc pod uwagę, ile technologii upchnięto w tak małej obudowie. Jedno jest pewne: pomysł na osobistą, kieszonkową klimatyzację przestaje być futurystyczną ciekawostką, o której mówi się tylko przy okazji targów elektroniki. Jeśli kolejne lata przyniosą jeszcze bardziej ekstremalne upały, a wiele prognoz na to niestety wskazuje, takie urządzenia mogą z niszowych gadżetów zmienić się w sprzęt, który coraz częściej może pojawiać się na ulicach naszych miast.