Beast of Reincarnation – recenzja. Game Freak wykonało odważny rzut Pokéballem w nieznane
Game Freak od lat prezentuje kolejne generacje kieszonkowych stworków, a ja towarzyszę im w tej podróży, z małymi przerwami, niemal od początku. W ostatnich latach trudno jednak nie dostrzec stagnacji studia, które ewidentnie nie ma pomysłu na rozwój swojej popularnej marki. Beast of Reincarnation jest ryzykownym romansem z innym gatunkiem i zarazem próbą udowodnienia, że twórcy potrafią stworzyć coś zupełnie nowego. Czy taki rzut Pokéballem w nieznane miał szansę trafić w serca graczy?
Pikachu, mam wrażenie, że nie jesteśmy już w Kanto
No dobrze, napiszę to wyraźnie, więc będziecie mieli dowód czarno na białym – gdybym kiedyś próbował zaprzeczać. Pomimo ponad czterdziestu wiosen i siwizny na brodzie nadal uwielbiam Pokémony. Choć przyznaję, że od kilku lat bardziej wkręca mnie ich seria poboczna Legends, bo zarówno Arceus, jak i Z-A w moim odczuciu stanowią miłą odskocznię od głównej serii, która wyraźnie zatraciła z biegiem lat pęd oraz pomysł na siebie. Szczerze mówiąc, mimo nadziei mam wrażenie, że nadchodząca odsłona znów będzie kręciła się w koło swojego ogona. Ale dziś nie o tym, a przynajmniej nie do końca.
Tym razem Game Freak postanowiło zakręcić nieco Pokéballem i uderzyć ze zdwojoną siłą. Beast of Reincarnation to w zasadzie ich pierwszy tak duży projekt poza serią o kieszonkowych stworkach i muszę przyznać, że odwagi oraz ambicji im nie brakuje. Ale niestety w dobrych grach wideo na ambicjach kończyć się nie może. Zapowiedzi robiły wrażenie i tytuł bardzo szybko znalazł się na mojej liście musowych do ogrania. Przyznaję, że nawet miałem cichą nadzieję, że tytułowa Bestia Reinkarnacji okaże się czarnym koniem, a raczej białym wilkiem tego roku.
Bo założenia tytułu są naprawdę interesujące. Akcja przenosi nas do dalekiej przyszłości – dokładnie do Japonii roku 4026, około dwa tysiące lat po upadku dawnej cywilizacji. To realia, w których ludzkość została niemal całkowicie wyniszczona, a jej ostatki kryją się w niewielkich, odizolowanych koloniach. Wszystko za sprawą tajemniczej zarazy, która zainfekowała niemal wszystkie żywe organizmy. Co ciekawe, w przypadku zwierząt doprowadziła ona do powstania tak zwanych Malefacts – wynaturzeń, które stały się głównym zagrożeniem dla ludzi. I właśnie tutaj na scenę wchodzi Emma, czyli protagonistka opowieści, która już urodziła się zakażona i dzięki temu może w ograniczony sposób manipulować roślinami oraz czerpać moc z Malefacts – w świecie przedstawionym jest ona Sealerem, wojowniczką polującą na te istoty. Można więc porównać ją do naszego rodzimego Wiedźmina i to nie tylko ze względu na wykonywaną profesję.
Okazuje się bowiem, że świat boi się Emmy, wręcz ją odrzuca i szuka u niej pomocy jedynie w chwilach zagrożenia. Bo jak wiadomo, gdy trwoga to do… Sealera właśnie. Ale doprowadza to do ciekawego paradoksu, bo główna bohaterka, mimo bycia tak naprawdę częścią problemu świata, staje się dla niego jedynym lekarstwem i wybawieniem. Splot wydarzeń sprawia, że Emma zmuszona jest wyruszyć w podróż do stolicy, w celu odnalezienia Bestii Reinkarnacji. Co dzieje się później? O tym musicie przekonać się już sami.
Zabieranie wam frajdy z odkrywania tajemnic świata Beast of Reincarnation byłoby najgorszym, co mógłbym zrobić. To właśnie narracja jest w moich oczach jednym z ciekawszych elementów całej gry. Wiem, że nie każdemu muszą przypaść do gustu dłużyzny i wolniejsze tempo fabuły, ale ja wychowałem się na takich założeniach rozgrywki i wcale mi one nie przeszkadzają. Wręcz przeciwnie, przeżywając przygodę wspólnie z Emmą i Koo, czułem się nieco, jakbym cofnął się w czasie i znów ogrywał najlepsze gry przygodowe akcji.
Koo to Pokémon, którego szukam
Zatem dialogi faktycznie potrafią być długie i często o niczym ważnym. Niektóre wątki są nierówne, a bywają też takie pozbawione kompletnie polotu. Jednocześnie wszystko idealnie wpasowuje się w realia świata przedstawionego, bo nawet Emma po prawdzie dopiero uczy się obcowania z innymi ludźmi, a kraina, którą przemierzamy, delikatnie mówiąc, nie jest usłana rozmówcami. Częściej na swojej drodze spotkamy różnego rodzaju maszyny, w tym tajemnicze golemy, które w dużej mierze opanowały nowy świat. To realia, w których ludzkości praktycznie już nie ma i wyraźnie daje się to odczuć nawet w poszczególnych lokacjach. Są one puste, pozbawione życia i… cóż, wręcz nostalgiczne. Bardzo spodobało mi się wieczne poczucie samotności mimo wiernego towarzysza u boku.
Psowaty Koo to zdecydowanie Pokémon, którego szukałem. Nie jest on wyłącznie włochatym ozdobnikiem, którego można od czasu do czasu pogłaskać – ale od razu nadmienię, że można to robić. Jest pełnoprawnym towarzyszem, bez którego Emma byłaby jedynie kolejną cichą protagonistką gier akcji. Razem natomiast tworzą wspaniały duet i relację, która staje się jednym z głównych filarów nie tylko fabuły, ale przede wszystkim każdego aspektu rozgrywki.
Zdałem sobie z tego sprawę już po wkroczeniu w pierwszy obszar gry. Świat gry nie przytłacza nas mnóstwem znaczników i wiele z sekretów jesteśmy zmuszeni odkrywać samodzielnie, a Koo okazuje się wręcz niezastąpiony w tym zakresie. Potrafi oznaczać pobliskich wrogów oraz poukrywane skrzynki i cenne przedmioty. Dodatkowo informuje Emmę również o leżach potworów, ogniskach i pozostałych ważnych miejscach. Jednak na byciu szpiegowskim dronem jego rola się nie kończy. Nasz wilk pokazuje szpony dopiero w czasie konfrontacji i to dosłownie.
Koo posiada swoje własne, bardzo rozbudowane drzewko umiejętności, które daje duże poczucie elastyczności i wyboru. Przykładowo dość szybko będziecie w stanie zainwestować cenne punkty zdolności w miny, które nasz towarzysz będzie losowo podkładać w czasie walki. Wielu nowych technik nasz czworonóg nauczy się także w czasie podróży, a rozwijana więź pozwoli mu wykorzystywać coraz więcej ciekawych zdolności i, co za tym idzie, być większym wsparciem dla Emmy. Z czasem Koo otrzyma chociażby możliwość leczenia bohaterki czy rzucania pochodniami w kierunku wroga. Warto przy tym nadmienić, że choć niektóre takie zdolności z początku wydają się dość słabe, tak wiele z nich można jeszcze wymaksować i dopiero wówczas stają się naprawdę przydatne.
Poza rozwijaniem zdolności od czasu do czasu znajdujemy dla Koo specjalne naszyjniki, które dają mu odpowiednie pasywne zdolności, takie jak zwiększone doświadczenie za wrogów czy silniejszy atak zdolności specjalnych. Wspomnianą już wcześniej więź rozwijamy natomiast w naszej mobilnej bazie Cleanse Walkerze, w której nie tylko poznajemy kolejne wątki związane z Koo, ale także możemy skupić się na bardziej przyziemnej pielęgnacji zwierzaka, takiej jak głaskanie czy kąpiel.
Nieco podepnę samego Cleanse Walkera pod Koo, ale zwyczajnie warto o nim chociaż krótko wspomnieć. Jest to mobilna baza, która przez większość gry stanowi zarówno nasz dom, jak i punkt wypadowy przed kolejnymi misjami. To właśnie tutaj rozgrywa się najwięcej scen fabularnych i możemy nabijać wskaźnik przyjaźni z kilkoma ważnymi postaciami. Dodatkowo mamy możliwość posadzenia sadzonek i hodowania kur, których jajka stają się częścią naszych przepisów kulinarnych. A dodatkowe retrospekcje pozwalały też mocniej poznać realia i postacie. Warto je robić, bo świat gry ma ukrytą warstwę i nie wszystko jest takie, jakim początkowo się wydaje. Przyznaję, że lubię takie małe aktywności poboczne, więc zawsze cieszyłem się z powrotu do bazy.
Porozmawiajmy o Emmie
Rozpisałem się bardzo dużo o psie – bo i kto by się nie rozpisał? Ale zaręczam, że Emma jest równie ważna. Bardzo podobało mi się to, w jaki sposób rozwija się bohaterka i jak mocno zmienia się jej sposób patrzenia na świat za sprawą kontaktu z postaciami drugoplanowymi oraz oczywiście z Koo. Będąc zupełnie uczciwym, w tym zakresie twórcy nie zaskoczyli czymś zupełnie nowym i nie mogę napisać, że dziewczyna i jej wątki były odkrywcze. Natomiast w moim odczuciu idealnie wpasowały się w konwencję gry i muszę przyznać, że z czasem to właśnie historia Emmy stała się moim głównym napędem w czasie przygody. Zwyczajnie chciałem poznać kolejne wątki i zaczęło zależeć mi na postaciach, a to już naprawdę dużo. Drugim, niepozwalającym odejść od ekranu elementem Beast of Reincarnation jest niewątpliwie bardzo satysfakcjonujący system walki. Jest on na tyle rozbudowany, że daje faktyczną frajdę z poznawania nowych technik i niuansów stylów walki.
Podstawowe oręże Emmy stanowią katany, które odnajdujemy w czasie przygody. Każda z nich w teorii ma swoje unikalne bonusy, dzięki czemu jesteśmy w stanie odpowiednio przygotować się na trudniejsze wyzwania. Oczywiście, jeśli preferujecie walkę w zwarciu, bo poza mieczami dziewczyna doskonale radzi sobie z kuszą automatyczną i łukiem. O ile ten drugi skupia się na bardziej precyzyjnych, silniejszych, ale i wolniejszych atakach, tak ciekawsza okazuje się kusza, która na początku sprawia wrażenie broni słabej, ale z czasem, przy inwestycji w odpowiednie umiejętności, okazuje się być wręcz nowym, alternatywnym stylem walki. Jeśli tylko poświęcicie czas na eksplorację, odnajdziecie liczne książki i przepisy, które pomogą wam przykładowo wykorzystywać nowe rodzaje bełtów, a te potrafią niejednokrotnie całkowicie odmienić starcia.
Warto przy tym zaznaczyć, że wszelkich usprawnień dokonujemy jedynie w bazie i przy rozsianych po lokacjach ogniskach. To już z definicji na myśl przynosi gry soulslike i zresztą przez niektórych gra została błędnie podpięta do tegoż gatunku. Błędnie z kilku powodów. Po pierwsze, walki w Beast of Reincarnation są zdecydowanie łatwiejsze i pomimo że niektórzy przeciwnicy potrafią być wymagający, tak mocny nacisk na elementy RPG pozwala podkręcić postać na tyle, by znacząco ułatwić sobie każde nadchodzące starcie z bossem. Po drugie, po śmierci nie tracimy zdobytego wcześniej doświadczenia i odradzamy się przy najbliższym ognisku, co daje nam swoiste poczucie bezpieczeństwa, bo nie jesteśmy tak po prawdzie karani za kolejne zgony – osobiście dziękowałem twórcom za takie podejście do tematu. No i po trzecie, choć parowanie w grze jest faktycznie istotne, tak ataki wrogów są na tyle przewidywalne, że szybko jesteśmy w stanie nauczyć się ich schematów. Zaręczam, że jeśli mi nie sprawiało to większych problemów, to fanom gier akcji również nie powinno.
Zatem nie. Beast of Reincarnation nie jest kolejnym soulsopodobnym tworem. To nieco trudniejsze RPG akcji, które, choć stanowi wyzwanie, to jednocześnie nagradza ciekawość i zbieractwo. Gdy poświęciłem czas na eksplorację byłem w stanie pokonać większość przeszkód postawionych mi na drodze. Jednocześnie czułem, że choć nadal liczy się moja zręczność i poznanie mechanik walki, tak gra również docenia moje natręctwa związane z zaglądaniem w każdą szczelinę świata przedstawionego.
Przeczytaj także: Ghost of Yotei – recenzja. Wataha PlayStation ma nową wilczycę alfa
Roślinna rewolucja
A skoro już o tym wspomniałem… Odczuwałem sporą frajdę z eksploracji świata. Twórcy nie zdecydowali się na umieszczenie akcji gry w otwartym świecie – i bardzo dobrze – a zamiast tego zaproponowali kilka nieco bardziej kameralnych lokacji. Jednocześnie im dalej w las, tym drzew jakby mniej. Nie wiem, czy zabrakło nieco pomysłu, czy tytuł musiał zmieścić się w danym terminie premiery, ale odniosłem wrażenie, że druga połowa gry jest znacznie bardziej liniowa, a lokacje stały się dużo mniejsze. Nie zrozumcie mnie źle, lubię liniowe gry, ale po prostu pierwsza strefa była na tyle przyjemna, że nie ograniczała swobody, a jednocześnie nie przytłaczała swoją wielkością i uważam, że gra do końca mogłaby iść w taką stronę.
Mimo wszystko świat opanowany przez naturę przemierza się wyjątkowo przyjemnie. Głównie za sprawą bardzo responsywnego poruszania się Emmy i jej roślinnych zdolności, które pozwalają dotrzeć niemal w każde możliwe miejsce. Dzięki wyrastającym pnączom nie ma po prostu rzeczy niemożliwych, no chyba, że mowa o otworzeniu prostych drzwi, do których akurat potrzebny jest ten jeden właściwy klucz. Choć jest to dziwaczne, tak paradoksalnie też dodaje grze uroku. Bo chyba wszyscy gracze znający Pokémony pamiętają malutkie drzewka, których w żaden sposób nie dało się bez odpowiedniej zdolności przeskoczyć.
Ogólnie to mam wrażenie, że Game Freak zatrzymało się w miejscu pod względem pewnych rozwiązań. Beast of Reincarnation to gra, którą równie dobrze mogliśmy ogrywać kilka generacji wcześniej i prawdopodobnie nie różniłaby się za bardzo pomysłami. Ale to tylko moja mała dygresja, bo osobiście absolutnie nie odbieram tego negatywnie, a wręcz przeciwnie, w natłoku innych, gigantycznych tytułów miło było zagrać w tak prostą, wręcz przestarzałą pod niektórymi względami produkcję.
Niestety przełożyło się to nieco na nierówną oprawę graficzną. Gra bardzo przypadła mi do gustu pod względem samego designu i pomysłów, jednocześnie twórcom zabrakło chyba pod koniec wyobraźni, bo poszczególne lokacje mimo wszystko są średnio zróżnicowane. Podobnie zresztą jak napotkani wrogowie, których w danej lokacji można dosłownie policzyć na palcach jednej dłoni, więc dość szybko walki stają się powtarzalne, a ich jedynym celem jest zdobywanie cennego doświadczenia.
To również gra skrajności. Są miejsca, które naprawdę zachwycają swoim wykonaniem, by za moment trafić na takie, którego rozmyte tekstury trawy mogą dosłownie wydłubać nam oczy. Wyraźnie daje się więc odczuć, że jest to pierwsza tak poważna produkcja Game Freak i firma w temacie dopiero raczkuje. Podobne odczucia mam także w kwestii oprawy muzycznej. Bo choć za ścieżkę dźwiękową odpowiada znany chociażby z Shadow of the Colossus Kow Otani i jego muzyka jest naprawdę zjawiskowa – zresztą podróżowanie w czasie śpiewanego motywu przewodniego od razu skojarzyło mi się z najlepszymi momentami NieR: Automata. Tak niestety szybko okazuje się, że jeden utwór towarzyszy nam przez godziny zabawy i przez to po pewnym czasie w najlepszym razie przestajemy zwracać na niego uwagę, w najgorszym… zaczyna nas irytować.
Zdjęcie w pełnym rozmiarze
















Technologiczna apokalipsa
Co jeszcze irytuje? Jak wspomniałem, wykonanie jest bardzo nierówne. Nie dane jest nam długo cieszyć się wyglądem lokacji, bo twórcy bardzo szybko uderzają nas po oczach rozmytymi teksturami czy przechodzącymi przez siebie obiektami. Myślałem, że włosy Eve w Stellar Blade są wykonane brzydko, ale Emma w tym zakresie zawstydza swoją koleżankę. Na szczęście możemy zdecydować, czy bohaterka ma chodzić w nakryciu głowy, bo przykładowo w bazie, na ekranie zarządzania ekwipunkiem i umiejętnościami wygląda to naprawdę brzydko. Ogólnie to nawet uchwycenie konkretnego zrzutu w czasie walki graniczy z cudem, bo większość obiektów jest po prostu rozmyta i o ile jeszcze rozumiem walkę, tak nawet w czasie rozmawiania z Koo często pojawiają się rozmycia na jego futrze i zwyczajnie nie pozostawia to dobrego wrażenia.
Czy gra zatem jest brzydka? Nie do końca. Design jest świetny, a wykonanie poszczególnych elementów, takich jak stroje, bronie czy przeciwnicy, stoi na naprawdę przyzwoitym poziomie. Jednak brak tu wyraźnych szlifów. Mimo wszystko, biorąc pod uwagę, jak przyjemnie obcowało mi się z tytułem, z czasem przymykałem na to oko, bo uważam, że styl danej produkcji jest często ważniejszy niż wodotryski na ekranie. Jednocześnie zachęcam, by w ustawieniach od razu przestawić suwak na jakość, dynamika rozgrywki na tym wiele nie straci, a całość stanie się wyraźnie ładniejsza.
Beast of Reincarnation ma niestety także spore problemy z optymalizacją. Gra potrafi mocno chrupnąć, a spadki płynności to w zasadzie codzienność w zmaganiach Emmy. Podobnie jak niefortunna kamera, która potrafi być groźniejszym przeciwnikiem niż nawet boss. Ta potrafi się kręcić i blokować na niektórych obiektach, przez co miałem sytuację, że nie widziałem swojej postaci lub przeciwnika – co oczywiście kończyło się nieplanowaną śmiercią. Osobiście przyczepiłbym się także do maleńkiej wielkości napisów. Czcionka jest na tyle niewielka, że bardzo utrudnia to poznawanie całej historii. Ogrywałem grę w całości z japońskim dubbingiem, więc problem był jeszcze bardziej odczuwalny. Natomiast gdy pisałem recenzję, pojawiły się już informacje, że twórcy pracują nad większością wskazanych problemów, więc być może, gdy będziecie czytać tekst, wiele z nich nie będzie już miało miejsca.
Co jeszcze? Ot, czepianie się bardziej pewnych założeń rozgrywki. Mało zróżnicowani przeciwnicy, część powracających bossów i nierówne tempo zabawy. W zasadzie gdybym miał podsumować problemy, to najczęściej przewijałby się w nich brak różnorodności. Ale tutaj należy brać pod uwagę, że jest to pierwsze tak poważne dzieło Game Freak. Z drugiej strony jakimś cudem potrafią oni za każdym razem wymyślać ponad 150 Pokémonów, więc… pozwolę sobie pozostawić te rozważania na inny czas.
Zdjęcie w pełnym rozmiarze

Reinkarnacja Game Freak
Mimo problemów jest to udana reinkarnacja Game Freak, które udowodniło, że poza Pokemonami stać ich faktycznie na znacznie więcej. Szczerze mówiąc, nie obraziłbym się za kolejne tego typu produkcje od studia, bo przyznaję, że ogrywając Beast of Reincarnation, odczuwałem jakąś dziwną nostalgię. Nie jest to zdecydowanie rozgrywka dla każdego, ale też nie nazwałbym gry budżetową wersją Stellar Blade. Bo po prawdzie to tytuł ma pomysł na siebie i gdyby szło jeszcze za tym lepsze wykonanie techniczne, moglibyśmy otrzymać naprawdę świetną przygodę.
Tymczasem mam wrażenie, że z biegiem lat będziemy mówili o jednej z najbardziej niedocenionych w branży produkcji. Nieco szkoda, bo gra naprawdę potrafi wciągnąć na wiele wieczorów, a jej specyficzny klimat trudno porównać do innych gier. Bo i nieco tutaj właśnie ze Stellar Blade, widać wyraźnie inspiracje NieR: Automata, ale mimo to Bestia Reinkarnacji uchroniła się od bezczelnego kopiowania i ma swoją własną tożsamość. A sam zaryzykuję wręcz określenie, którego kiedyś się używało, że najnowszy tytuł Game Freak posiada po prostu duszę. Choć Koo nie jest może najładniejszym z Pokémonów, tak zdecydowanie jest towarzyszem, na którego czekałem i w którego towarzystwie czułem się naprawdę dobrze. Do świata Beast of Reincarnation na pewno jeszcze powrócę, a Was zachęcam, byście chociaż dali mu szansę. Tylko pamiętajcie, nie patrzcie długo w niebo...
Tytuł ogrywałem na konsoli Xbox Series X. Beast of Reincarnation jest także dostępne na komputerach gamingowych oraz na konsolach Xbox Series S i PlayStation 5.
Ocena: 7/10
- Nierówna oprawa graficzna
- Powtarzalność w każdym zakresie
- Pomniejsze błędy techniczne i optymalizacja
- Atmosfera świata przedstawionego
- Eksploracja daje dużo przyjemności
- Ciekawa historia i postacie poboczne
- System walki i rozwoju umiejętności
- Satysfakcjonujące starcia z bossami
- Obrany styl artystyczny
- Koo
