Captain Tsubasa 2: World Fighters – recenzja. Tsubasa wraca na boisko, ale tym razem nie zawsze trafia do bramki

Data dodania: 28-08-2026

Nie jestem fanem piłki nożnej i powtarzałem to już wielokrotnie. Więc dlaczego w ogóle wziąłem na siebie ciężar napisania recenzji nowego Tsubasy? Odpowiedź znajdziecie właśnie w pierwszym zdaniu – bo nie jestem fanem piłki nożnej. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, jest to największa zaleta, jak i zarazem wada Captain Tsubasa 2: World Fighters. Bo po prawdzie gra nijak ma się do innych, popularnych kopanek, za to rewelacyjnie sprawdza się jako produkcja bazująca na kultowej serii anime. Dla kogo w takim razie powstał ten tytuł? Spróbuję Wam to wyjaśnić.

Nostalgiczny czas Polonii 1

Są serie anime, które pamiętamy dzięki świetnej fabule. Są też takie, których specyficzna kreska już na stałe wyryła się nam w głowie. Captain Tsubasa, czy jak ktoś woli Kapitan Jastrząb, nie zalicza się do żadnej z powyższych kategorii. Anime, które w Polsce mieliśmy przyjemność oglądać na początku lat 90., dla wielu z nas było po prostu kolejną "chińską bajką", która zasilała pasmo animacji. Dopiero po kilku odcinkach okazywało się, że perypetie młodego Tsubasy potrafiły wciągać niczym bagno, nawet osoby, które o piłce nożnej wiedziały jedynie tyle, że jest okrągła, a bramki są dwie – czyli jak w moim przypadku. Z czasem występy młodej japońskiej kadry stały się wręcz codziennym rytuałem obok seansów Dragon Balla czy Sailor Moon.


I właśnie tu wchodzi po latach cały na biało Captain Tsubasa 2: World Fighters, który już od pierwszych minut przypomina, dlaczego tak bardzo kochaliśmy serię. Jedynie dla formalności napiszę, że tytuł nie próbuje konkurować z EA Sports FC, bo tutaj w zasadzie nikt nawet nie stara się, by poszczególne akcje przypominały prawdziwy mecz. Piłka ma się kręcić, a zawodnicy z uśmiechem na twarzy mają wykonywać niemożliwe do wykonania techniki, którym bliżej do ataków superbohaterów niż faktycznych strzałów.


No i właśnie. To jest naprawdę super i za moment jeszcze do meczów wrócimy, bo bez nich gra zamienia się w zasadzie w nowelkę, która pozwala nam jeszcze raz przeżyć jeden z ciekawszych rozdziałów anime, World Youth Arc. W tym miejscu od razu dodam, że akcja gry została osadzona w zasadzie od razu po zakończeniu pierwszej części, więc jeśli nie śledziliście animacji, warto najpierw po nią sięgnąć. Tym razem otrzymujemy nawet możliwość stworzenia własnego piłkarza, który bez większego kombinowania w fabule dołącza do drużyny Tsubasy. Jest to całkiem fajny zabieg, który sprawia, że poniekąd możemy stać się nie tylko obserwatorami rozwoju kariery naszego ulubionego rozczochranego kapitana, ale również czynnie mu w tym towarzyszyć.


Jednocześnie szału tutaj nie ma. Bo główny problem Captain Tsubasa 2: World Fighters polega na tym, że twórcy za bardzo chcieli, żebyśmy słuchali, a niekoniecznie grali. W wielu rozdziałach można odnieść wrażenie, że mecze stanowią jedynie urozmaicenie, ot takie przecięcie kolejnych rozmów, żeby nie było za nudno. A nudno faktycznie bywa. Zwłaszcza że zabrakło tu większych i bardziej zróżnicowanych atrakcji. Nawet nowe ataki zdobywamy głównie za sprawą kolejnych monologów, do których czasami możemy od czapy wtrącić tekst wskazujący na to, jak bardzo podekscytowany jest wszystkim nasz bohater.


Trochę słabo, bo po prawdzie nie rozumiem, po co w ogóle dodawać opcję wyborów – chyba tylko po to, by gra wyglądała nieco jak RPG. Ale zaręczam, do rewelacyjnej Inazuma Eleven Tsubasie naprawdę daleko. Jedynym plusem takich "rozmów" są wspominki najważniejszych wydarzeń anime, w których możemy podziwiać kanoniczne sceny. Dla fanów to świetna okazja, by kolejny raz w nich uczestniczyć, ale pozostali szybko odbiją się od ściany tekstu, zanim wejdą na boisko.

Captain Tsubasa 2 World Fighters w naszej ofercie:

Piłka w grze!

Na szczęście wystarczy rozpocząć mecz, żeby większość wątpliwości chociaż na chwilę zniknęła. Bo właśnie na boisku World Fighters pokazuje swoją prawdziwą siłę i staje się grą, której wszyscy fani oczekiwali. Tu nie ma miejsca na mozolne rozgrywanie akcji czy zastanawianie się nad kolejnym podaniem. Zamiast tego otrzymujemy zręcznościowy, nieskrępowany futbol, w którym jeden zawodnik potrafi przebiec przez całe boisko, pokonując przy tym kilku przeciwników, a na końcu wystrzelić w stronę bramki piłkę, której towarzyszy ognisty tygrys lub świetlisty jastrząb. Takie akcje są tutaj na porządku dziennym i… w zasadzie właśnie za nie najbardziej lubię nowego Tsubasę.


Bo tu nawet najprostsza z pozoru akcja może szybko zmienić się w mały spektakl. Twórcy nie próbują na siłę ucywilizować świata znanego z anime – jest przesadnie, momentami wręcz absurdalnie, ale zawsze widowiskowo. Co jednak zmieniło się względem poprzedniej odsłony? Jak się okazuje, wcale nie tak mało.


Tym razem każdy z bohaterów dysponuje własnym zestawem technik i umiejętności. Biorąc pod uwagę, że postaci jest lekko ponad 100, a samych technik w przybliżonej liczbie jest… cóż, jest co robić i prawdopodobnie spędzicie nieco czasu nad dopieszczeniem własnej drużyny marzeń. Największą zmianą względem poprzedniej części jest jednak to, że specjalne akcje nie sprowadzają się już wyłącznie do potężnych kopniaków. Możemy wykorzystywać je również podczas dryblingów, podań, odbiorów czy blokowania przeciwnika. Do tego dochodzi rewelacyjny w moich oczach system Chain – czyli łańcuchowych akcji poszczególnych zdolności. To wszystko wręcz zachęca do eksperymentowania i nagle okazuje się również, że za całą tą przesadą skrywa się bardzo przyjemna warstwa taktyczna. Jak już napisałem wcześniej, nadal nie jest ona jakoś szczególnie skomplikowana, ale wystarcza, żeby rozgrywane mecze nie sprowadzały się do bezmyślnego wciskania przycisków.


Muszę także wspomnieć o nowej mechanice związanej z bramkarzami. Również te pojedynki wypadają teraz znacznie lepiej. Wytrzymałość ma faktycznie znaczenie, więc nie zawsze opłaca się od razu posłać w ich stronę najsilniejszy strzał. Często trzeba nieco popracować nad defensywą przeciwnika, odpowiednio przygotować akcję poprzez podania i znaleźć właściwy moment do użycia danej akcji. Oczywiście Tsubasa nie byłby Tsubasą, gdyby i tu nie pojawiały się spektakularne akcje obrony – trudno nie poczuć satysfakcji.

Tylko dlaczego w szatni oni znów gadają?

Powróćmy jeszcze na chwilę do szatni, bo po nakreśleniu specyfiki meczów warto skonfrontować je z resztą gry. Captain Tsubasa 2 najwyraźniej nie potrafi sam zdecydować, czy chce być dynamiczną grą sportową, czy może rozbudowaną powieścią wizualną, i to boli najbardziej. O ile sama obecność rozbudowanej fabuły absolutnie mi nie przeszkadza i dorastałem na grach, w których wszechobecne są "gadające głowy", o tyle sposób jej podawania po pewnym czasie jest na tyle nużący, że łapałem się na przewijaniu dialogów. Choć głównie też dlatego, że fabułę mniej więcej pamiętałem.


Tym bardziej mi to doskwiera, bo historia z World Youth ma przecież wszystko, czego potrzeba, żeby stworzyć ciekawą i rozbudowaną kampanię. Ba, w moich oczach powstałaby z tego całkiem fajna gra RPG pokroju Dragon Ball Z: Kakarot czy wspomnianej już Inazuma Eleven. W teorii otrzymujemy wszystkie elementy, które powinny zadziałać. Mamy tu znanych i lubianych bohaterów, drużynowe rywalizacje, dodatkowe historie poboczne, w których przecież nawet bierze udział stworzony przez nas bohater. W praktyce jednak… cóż, potencjał anime nie został tu w pełni wykorzystany.


Momentami miałem nawet wrażenie, że twórcy boją się, że zapomnę, o co chodzi w historii, i z tego powodu postanowili przypominać mi o niej jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Dialogi naprawdę potrafią ciągnąć się zbyt długo, a piszę to jako wielki fan japońskiej szkoły RPG, tak więc coś jest na rzeczy. Bywały nawet momenty, że już ucieszyłem się, że wracam na boisko, i zostałem brutalnie zatrzymany przez… kolejny dialog poprzedzający nowe wydarzenia. Być może nie doskwierałoby to aż tak mocno, gdyby nie to, że głównym atutem Tsubasy jest właśnie dynamika, a ta zostaje przez liczne dialogi bardzo zachwiana.

Zasłużona żółta kartka

Na szczęście Captain Tsubasa nie zasłużył z tego powodu na czerwoną kartkę, ale bez większego namysłu wlepiłbym mu żółtą. Bo i jest tu kilka problemów, których nie sposób nie poruszyć. Co prawda obyło się bez jakichś spektakularnych technicznych błędów, więc tutaj uspokajam – gra chodzi raczej dobrze i stabilnie. Ale… no właśnie.


Pierwszym, co zdecydowanie należy wręcz potępić, są częste ekrany ładowania – chociaż powiedzenie "częste" jest tu wyjątkowo łagodnym, przeze mnie użytym określeniem. Wielki obraz z tytułem gry gości na ekranie dosłownie co chwilę. Oglądamy go zatem kilka razy w każdej rozmowie i po przechodzeniu z każdej zakładki w zarządzaniu drużyną. Na domiar złego pojawia się także często nawet w środku meczu, bo akurat twórcy zdecydowali, że chcą nam jeszcze coś nowego powiedzieć. Nie ma przy tym żadnego ostrzeżenia czy nawet chwili przygotowania. Przykładowo miałem sytuacje, że rozgrywałem akcję i byłem już blisko bramki, a nagle niespodziewanie ta została mi przerwana właśnie ekranem ładowania. Po nim nastąpiła chwilowa wymiana zdań… kolejny ekran ładowania i dopiero mogłem wrócić do meczu. Zdecydowanie tak nie powinno to wyglądać.


Nie powala również sztuczna inteligencja. Zawodnicy nie zawsze zachowują się tak, jak można by po nich oczekiwać. Natomiast przeciwnicy czasem podejmują dziwaczne decyzje, które w rezultacie przesądzają o ich przegranej. Zdarzają się również sytuacje, w których kamera nie pomaga w ocenie sytuacji na murawie i nasze podania trafiają do zupełnie innego zawodnika, niż chcieliśmy.


Nie da się ukryć, że choć same mecze są naprawdę świetne, tak z czasem zaczynają opierać się na podobnym schemacie. Wygląda to nieco tak: budujemy przewagę, korzystamy ze specjalnych umiejętności, próbujemy osłabić bramkarza, a następnie szukamy okazji do wykonania mocniejszego strzału. Nie zrozumcie mnie źle, wszystko może być z czasem powtarzalne i w zasadzie to mi zwykle nie przeszkadza. Ale mam wrażenie, że potencjał zawartości nie został w grze odpowiednio wykorzystany. Oczywiście poszczególne postacie i ich techniki sprawiają, że nie każde spotkanie wygląda identycznie, ale wiadomo, że to, co na początku wywołuje efekt wow, z czasem staje się po prostu kolejnym elementem rozgrywki.


No i właśnie, co do tego niewykorzystanego potencjału jeszcze. Ponad 100 zawodników i 22 reprezentacje brzmią świetnie na papierze, ale po ukończeniu historii chciałoby się dostać więcej powodów, żeby regularnie wracać na boisko. Tryby wieloosobowe w formie lokalnej i sieciowej z pewnością pomagają i jeśli jesteście fanami, to pewnie rozegracie niejeden mecz z przyjaciółmi. Jednocześnie całość nie sprawia wrażenia tak rozbudowanej, jak sugerowałyby same liczby. Liczę na to, że w przyszłości tytuł zostanie nieco bardziej pod tym kątem urozmaicony.

Kultowa seria ożywa na boisku

Chwilę ponarzekałem, ale Captain Tsubasa 2: World Fighters broni się jeszcze jednym aspektem. Oprawa audiowizualna stoi w grze na bardzo przyzwoitym poziomie. Twórcy z wiadomych przyczyn nie próbowali udawać realistycznej kopanki i konsekwentnie trzymali się stylistyki znanej z serii anime. Modele postaci są całkiem szczegółowe, lecz w kwestii emocji można im nieco zarzucić, mimo wszystko dobrze oddają charakterystyczny styl Yoichiego Takahashiego. Natomiast jeśli chodzi o otoczenie i stadiony, to te szału nie robią i są zwyczajnie poprawne, ale już biegający zawodnicy i animacje akcji nadrabiają wszelkie braki.


Szczególnie dobrze wypadają oczywiście specjalne techniki, które są żywcem wyjęte z serii. Przy ich wykonywaniu kamera zmienia perspektywę, na ekranie pojawiają się błyski i specjalne efekty, przy których zawodnik wykonuje swoje zagranie. Podobnie sprawa wygląda z reakcją bramkarzy. Trudno się nie zachwycać, nawet widząc daną technikę kilkanaście razy. W moim odczuciu to wtedy oglądamy prawdziwą twarz World Fighters. Problem w tym, że gra wygląda znacznie lepiej w ruchu niż podczas rozmów, bo z wiadomych względów w drugich okolicznościach jesteśmy w stanie nieco bardziej zawiesić oko na postaciach. Dialogi wyglądają statycznie, a animacje są bardzo oszczędne. Jeśli nie jesteście przyzwyczajeni do japońskiego stylu gier, to możecie wręcz stwierdzić, że są one po prostu drewniane. Ale ponownie, tu główna impreza ma miejsce na boisku i zwyczajnie trudno się do niej przyczepić.


Nie można też zapomnieć o udźwiękowieniu, które bardzo dobrze uzupełnia to, co dzieje się na ekranie. Za muzykę ponownie odpowiada Tadayoshi Makino, a ścieżka dźwiękowa została wyraźnie rozbudowana względem poprzedniej – utworów jest po prostu więcej. Do tego dochodzą charakterystyczne głosy bohaterów i odgłosy podczas specjalnych akcji. Może nie jest to majstersztyk w klasycznym znaczeniu tego słowa, ale przynajmniej dźwiękowo gra nie męczy i pasuje do klimatu anime. Przez większość czasu czułem się, jakbym ponownie wszedł do świata Tsubasy, a chyba właśnie o to twórcom chodziło.

Celny strzał w stronę fanów anime

Pierwsze godziny potrafią przykryć wiele niedoskonałości. Nowe techniki dają frajdę, kolejne postacie zachęcają do eksperymentowania, a spotkania potrafią przynieść naprawdę wiele emocji. Jednak z czasem wkrada się tu wiele sprzeczności. Captain Tsubasa 2: World Fighters zdecydowanie nie jest kopanką dla fanów realistycznej piłki nożnej, ale świetnie się sprawdza jako tytuł dla miłośników animowanego futbolu, którzy za dzieciństwa śledzili losy znanych bohaterów na ekranie.


Największą zaletą jest tu bez wątpienia etap rozgrywki. Kiedy zaczyna się mecz, zapomina się o całym świecie i naprawdę łatwo się wciągnąć. Specjalne techniki wyglądają przepięknie, a liczba dostępnych zawodników i kombinacji umiejętności robi wrażenie. Ale po zejściu do szatni mamy do czynienia z zupełnie inną grą, która co prawda może spełniać rolę pewnego rodzaju kompendium samego anime, jednak równocześnie zaburza dynamikę rozgrywki.


Czy mimo tego warto kopać? Jeśli Captain Tsubasa kojarzy się Wam z dzieciństwem, odpowiedź jest prosta. Tak. To nadal gra, która wywoła uśmiech na Waszej twarzy. Jeśli natomiast szukacie przede wszystkim rozbudowanej gry sportowej, szybko odkryjecie, że World Fighters ma Wam niewiele do zaoferowania. Tsubasa wrócił na boisko i nadal potrafi zrobić show. Gdyby twórcy odrobinę mocniej zaufali swojej największej broni, jaką jest niewątpliwie marka, i bardziej popłynęli z eksperymentowaniem, moglibyśmy otrzymać grę naprawdę świetną. A tak jest po prostu dobra. Podniosłem jedno oczko przez samą nostalgię, bo mimo wszystko bawiłem się w grze dobrze, jednak jeśli nie jesteście fanami anime, spokojnie możecie odjąć punkt z oceny końcowej.


Captain Tsubasa 2: World Fighters miałem przyjemność ogrywać na konsoli PlayStation 5. Gra została wydana również na komputery PC oraz konsole Xbox Series X, Xbox Series S i Nintendo Switch 2.

Ocena: 7/10

  • Monotonne rozmowy
  • Liczne ekrany ładowania
  • Poza meczami mało atrakcji
  • Efektowne techniki specjalne
  • Tworzenie własnego zawodnika
  • Gigantyczny ilość zawodników i reprezentacji
  • Responsywne sterowanie
  • Mechanika łączonych zagrań
  • Bramkarze w końcu mają coś do powiedzenia
  • Przeniesienie do gry jednego z ciekawszych rozdziałów anime
  • Tryb wieloosobowy może przedłużyć zabawę
Wróć

Właściciel serwisu: TERG S.A. Ul. Za Dworcem 1D, 77-400 Złotów; Spółka wpisana do Krajowego Rejestru Sądowego w Sądzie Rejonowym w Poznań-Nowe Miasto i Wilda w Poznaniu, IX Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego pod nr KRS 0000427063, Kapitał zakładowy: 41 687 500,00 zł; NIP 767-10-04-218, REGON 570217011; numer rejestrowy BDO: 000135672. Sprzedaż dla firm (B2B): dlabiznesu@me.pl INFOLINIA: 756 756 756