Echoes of Aincrad - recenzja. Nostalgiczny powrót do Sword Art Online, który zostawia spory niedosyt
Pierwsze zapowiedzi Echoes of Aincrad wzbudziły we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony trudno było nie cieszyć się z kolejnej gry osadzonej w świecie Sword Art Online, z drugiej pamiętałem, że produkcje bazujące na popularnych anime potrafią być bardzo nierówne. Tym razem postanowiłem jednak podejść do tematu bez uprzedzeń i sprawdzić, czy powrót do Aincradu rzeczywiście ma w sobie tę magię, którą wielu graczy pamięta z pierwszego sezonu serii. Po kilkudziesięciu godzinach spędzonych z wersją na PlayStation 5 mogę powiedzieć, że bawiłem się naprawdę dobrze.
W recenzji znajdziesz:
- Aincrad znowu wciąga. Nostalgia okazuje się największym atutem gry
- Walka daje dużo satysfakcji, choć miejscami brakuje jej większej głębi
- Świat zachwyca klimatem, ale aż prosi się o większą skalę
- Fabuła potrafi zaskoczyć, choć nie wykorzystuje wszystkich możliwości
- Zawartość wystarcza na wiele godzin, ale potencjał był znacznie większy
- Oprawa audiowizualna przypomina, dlaczego pokochaliśmy ten świat
- Czy warto wrócić do Aincradu?
Aincrad znowu wciąga. Nostalgia okazuje się największym atutem gry
Już od pierwszych minut da się zauważyć, że deweloperzy doskonale rozumieją, dlaczego Aincrad zajmuje wyjątkowe miejsce w sercach fanów Sword Art Online. Klimat pierwszych pięter, charakterystyczna muzyka i znajome twarze bardzo szybko wywołują uśmiech na twarzy. Nie jest to tylko bezrefleksyjne odtwarzanie znanych wydarzeń. Gra stara się spojrzeć na nie z nieco innej perspektywy, dzięki czemu nawet osoby dobrze znające anime mogą tu znaleźć coś nowego.
Moim zdaniem właśnie tutaj Echoes of Aincrad błyszczy najmocniej. Nie próbuje na siłę rewolucjonizować całego uniwersum, lecz rozsądnie wykorzystuje jego najmocniejsze elementy. Czuć, że twórcy darzą materiał źródłowy dużym szacunkiem, a jednocześnie chcieli opowiedzieć historię, która nie będzie jedynie prostym streszczeniem wydarzeń znanych z ekranu. Dzięki temu kolejne godziny mijają zaskakująco szybko, a ciekawość skutecznie motywuje do dalszej eksploracji.
Ogromną rolę odgrywają również bohaterowie. Kirito, Asuna i pozostali członkowie drużyny zachowują się dokładnie tak, jak zapamiętałem ich z anime. Dialogi są naturalne, relacje między postaciami wiarygodne, a liczne scenki pozwalają lepiej poznać ich charaktery. To właśnie dzięki nim świat wydaje się żywy, a nie tylko kolejną planszą do zaliczania następnych zadań.
Walka daje dużo satysfakcji, choć miejscami brakuje jej większej głębi
System walki od początku zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Starcia są dynamiczne, efektowne i potrafią dostarczyć sporo satysfakcji. Łączenie umiejętności, odpowiednie wyczucie czasu oraz współpraca z towarzyszami sprawiają, że nawet zwykłe potyczki nie stają się nużące. Szczególnie dobrze wypadają starcia z silniejszymi przeciwnikami, podczas których trzeba wykazać się znacznie większą koncentracją.
Podobało mi się również to, że gra zachęca do eksperymentowania z drużyną. Poszczególni bohaterowie oferują odmienne style walki, dlatego warto regularnie zmieniać skład i sprawdzać różne kombinacje. Dzięki temu rozgrywka pozostaje świeża przez długi czas, a zdobywanie kolejnych umiejętności daje poczucie realnego rozwoju postaci. Nie jest to najbardziej rozbudowany system RPG na rynku, ale spełnia swoje zadanie i zwyczajnie sprawia frajdę.
Nie oznacza to jednak, że wszystko działa idealnie. Z czasem zacząłem zauważać pewną powtarzalność, zwłaszcza podczas dłuższych sesji. Niektóre starcia różnią się głównie wyglądem przeciwników, a nie faktycznymi wyzwaniami. Gdyby twórcy pokusili się o większą liczbę unikalnych mechanik oraz bardziej zróżnicowane zachowania wrogów, emocji byłoby jeszcze więcej. Mimo tego przez większość czasu walka pozostawała jednym z najmocniejszych elementów całej produkcji.
Świat zachwyca klimatem, ale aż prosi się o większą skalę
Największą siłą Aincradu zawsze było poczucie, że każdy poziom skrywa własne tajemnice. Echoes of Aincrad bardzo dobrze oddaje atmosferę tego niezwykłego miejsca. Poszczególne lokacje prezentują się atrakcyjnie, różnią się stylistyką i skutecznie budują wrażenie podróży przez kolejne piętra ogromnej latającej twierdzy. Podczas zwiedzania wielokrotnie łapałem się na tym, że po prostu chciałem sprawdzić, co znajduje się za następnym zakrętem.
Na PlayStation 5 całość prezentuje się bardzo estetycznie. Projekty lokacji są pełne detali, animacje podczas eksploracji wyglądają płynnie, a efekty świetlne dobrze podkreślają baśniowy charakter świata. Szczególnie wieczorne krajobrazy i miasta robią świetne wrażenie. Nie jest to może gra wyznaczająca nowe standardy graficzne, ale kierunek artystyczny skutecznie nadrabia ewentualne braki technologiczne.
I właśnie tutaj pojawia się mój największy niedosyt. Przez całą przygodę miałem wrażenie, że twórcy pokazują jedynie niewielki wycinek możliwości, jakie daje świat Aincradu. Tak ogromna konstrukcja aż prosi się o znacznie większą liczbę dostępnych pięter, bardziej rozbudowane miasta i dodatkowe aktywności poboczne. Kiedy na ekranie pojawiały się napisy końcowe, zamiast satysfakcji czułem przede wszystkim apetyt na więcej. Właśnie dlatego bardzo chciałbym zobaczyć kontynuację, która pozwoli zwiedzić znacznie większą część legendarnej twierdzy i jeszcze odważniej rozwinie pomysły zaprezentowane w tej odsłonie.
Fabuła potrafi zaskoczyć, choć nie wykorzystuje wszystkich możliwości
Historia w Echoes of Aincrad nie jest jedynie prostym odtworzeniem wydarzeń znanych z anime. Twórcy dorzucili własne wątki, nowe postacie i kilka ciekawych zwrotów akcji, dzięki czemu opowieść ma szansę zainteresować także osoby dobrze znające serię. Najbardziej podobało mi się to, że scenariusz stara się pokazać emocjonalny ciężar życia uwięzionego w wirtualnym świecie. Bohaterowie nie są tu tylko maszynkami do walki, lecz ludźmi próbującymi odnaleźć sens w bardzo trudnej sytuacji.
Szczególnie dobrze wypadają spokojniejsze momenty między większymi wydarzeniami. Rozmowy w mieście, wspólne przygotowania do wypraw czy krótkie scenki obyczajowe sprawiają, że drużyna wydaje się autentyczna. Dzięki temu łatwiej przejąć się losem poszczególnych postaci, a kolejne dramatyczne wydarzenia mają większą siłę oddziaływania. Moim zdaniem właśnie takie fragmenty najlepiej oddają ducha Sword Art Online.
Nie mogę jednak powiedzieć, że scenariusz wykorzystuje pełnię potencjału tego uniwersum. Niektóre wątki kończą się zbyt szybko, a część nowych bohaterów znika z ekranu, zanim zdążą naprawdę zaistnieć. Miałem wrażenie, że twórcy momentami spieszyli się z przechodzeniem do następnych wydarzeń. Gdyby historia była odrobinę dłuższa i bardziej skupiona na rozwoju postaci, efekt końcowy byłby zdecydowanie mocniejszy.
Zawartość wystarcza na wiele godzin, ale potencjał był znacznie większy
Pod względem długości kampanii trudno mówić o rozczarowaniu. Główna historia, zadania poboczne oraz rozwijanie drużyny potrafią wciągnąć na długie godziny, a ja regularnie wracałem do gry nawet wtedy, gdy planowałem zrobić krótką przerwę. To dobry znak, bo oznacza, że podstawowa pętla rozgrywki działa po prostu skutecznie. Echoes of Aincrad potrafi uzależnić tym prostym schematem: jeszcze jedna misja, jeszcze jeden poziom doświadczenia, jeszcze jeden fragment fabuły.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy zaczniemy oczekiwać czegoś więcej niż solidnej przygody akcji RPG. Z czasem zauważyłem, że wiele aktywności opiera się na podobnych założeniach, a eksploracja nie zawsze nagradza ciekawość w takim stopniu, jak mogłaby. Brakuje większej liczby unikalnych wydarzeń, sekretów czy opcjonalnych lokacji, które zachęcałyby do dokładnego przeczesywania map. Aincrad wydaje się ogromny, ale gra pokazuje jedynie część jego możliwości.
I właśnie dlatego po ukończeniu kampanii nie czułem znużenia, lecz lekki żal. Chciałbym spędzić w tym świecie jeszcze kilkanaście godzin i odkrywać kolejne poziomy twierdzy. Moim zdaniem twórcy stworzyli bardzo solidny fundament pod dużo ambitniejszą kontynuację. Jeśli następna odsłona pozwoli zwiedzić znacznie więcej pięter, rozbuduje aktywności poboczne i mocniej postawi na eksplorację, może powstać naprawdę wyjątkowa gra osadzona w uniwersum Sword Art Online.
Zdjęcie w pełnym rozmiarze
















Oprawa audiowizualna przypomina, dlaczego pokochaliśmy ten świat
Na PlayStation 5 gra prezentuje się naprawdę przyjemnie dla oka. Styl graficzny wiernie oddaje estetykę anime, a projekty postaci są bardzo udane. Szczególnie dobrze wypadają scenki fabularne, podczas których mimika i animacje skutecznie podkreślają emocje bohaterów. Nie jest to produkcja, która będzie sprzedawać konsole samą grafiką, ale trudno odmówić jej charakteru.
Duże wrażenie zrobiła na mnie również muzyka. Kompozycje doskonale budują nastrój i często przywołują skojarzenia z serialem, nie popadając przy tym w przesadną nostalgię. Podczas eksploracji potrafią uspokoić, a w trakcie walk dodać energii i podnieść poziom adrenaliny. Dobra ścieżka dźwiękowa to jeden z tych elementów, które działają trochę podświadomie, ale mają ogromny wpływ na odbiór całej gry.
Warto pochwalić także udźwiękowienie świata. Odgłosy miast, potworów i efektów specjalnych tworzą spójną całość, dzięki której Aincrad wydaje się bardziej namacalny. Kilka razy zatrzymałem się tylko po to, by posłuchać muzyki i pooglądać otoczenie, a to dla mnie zawsze sygnał, że twórcy wykonali dobrą robotę przy budowaniu atmosfery. Oprawa audiowizualna nie przykrywa wszystkich wad gry, ale bardzo skutecznie sprawia, że chce się do niej wracać.
Zdjęcie w pełnym rozmiarze

Czy warto wrócić do Aincradu?
Po napisach końcowych długo zastanawiałem się, jak właściwie ocenić Echoes of Aincrad. Z jednej strony widzę mnóstwo niewykorzystanych pomysłów i ograniczeń, które powstrzymały tę produkcję przed wejściem do ścisłej czołówki gier anime. Z drugiej strony przez większość czasu bawiłem się autentycznie dobrze i regularnie łapałem się na tym, że myślami wracam do kolejnych wypraw po Aincradzie. A przecież właśnie to jest dla mnie najważniejsze w grach.
Moim zdaniem najlepiej traktować tę produkcję jako bardzo udany powrót do świata Sword Art Online, a nie jako rewolucję gatunku. Fani serii znajdą tu mnóstwo nostalgicznych momentów, sympatycznych interakcji między bohaterami i satysfakcjonującej walki. Osoby niezwiązane z marką również mogą się dobrze bawić, choć prawdopodobnie nie odczują aż tak silnej więzi z przedstawionym światem. To gra, która ma serce, nawet jeśli chwilami brakuje jej większej odwagi.
Gdybym miał podsumować całość jednym zdaniem, powiedziałbym tak: Echoes of Aincrad to niezła gra z wyraźnie niewykorzystanym potencjałem. Nie żałuję ani jednej godziny spędzonej z wersją na PS5 i z przyjemnością wróciłbym do tego świata w przyszłości. Mam szczerą nadzieję, że twórcy potraktują tę odsłonę jako pierwszy krok i przygotują kontynuację, która pozwoli zwiedzić znacznie więcej pięter Aincradu, rozwinie systemy rozgrywki i odważniej wykorzysta ogromne możliwości tego uniwersum. Jeśli tak się stanie, następny powrót do Sword Art Online może być już nie tylko dobrą przygodą, ale prawdziwym spełnieniem marzeń fanów serii.
Echoes of Aincrad ogrywałem w wersji na konsole PlayStation 5. Gra ponadto ukazała się również na konsolach Xbox Series X i Xbox Series S oraz na komputerach PC.
Ocena: 7/10
- Zdecydowanie za mało pięter do zwiedzania
- Prolog nieco się dłuży
- Mało zróżnicowani adwersarze
- Przygoda w znanym i lubianym uniwersum Sword Art Online
- Świeże spojrzenie na znaną historię
- Bohaterowie, których naprawdę da się polubić
- System walki jest dynamiczny i daje sporo satysfakcji
- Nie brakuje lokacji, które potrafią zachwycić designem
- Przystępna zarówno dla fanów jrpg jak i dla nowicjuszy w tym gatunku
