Code Vein II – recenzja. Soulsy w stylu anime i… wyłącznie dla fanów anime
Pierwsza odsłona Code Vein nie była żadnym objawieniem, ale zdołała zaskarbić sobie serca graczy, którzy kochają zarówno gatunek soulslike, jak i stylistykę anime. Na kontynuację gry przyszło nam czekać prawie siedem lat i w tym czasie świat bardzo mocno, pod wieloma względami, się zmienił. Czy japoński wampir po przebudzeniu jest w stanie nadgonić nowości i stanąć w szranki z przeciwnikami, którzy mocno rozgościli się na podium?
O kilka lat za późno…
Od razu zmuszony jestem ostudzić nieco zapaleńców. Code Vein II powstało zdecydowanie za późno i z tej przyczyny na wiele problemów, z którymi boryka się tytuł, zwyczajnie trudno jest przymknąć oko. Jednocześnie nie jest to gra zła – o czym za moment przeczytacie – ale wyraźnie, miejscami, brak jej własnej tożsamości, którą przepełniona po brzegi była jedynka. Ogrywając tytuł, byłem szczerze zaskoczony, dlaczego twórcy nie zdecydowali się pójść utartą już przez siebie ścieżką. Bo nie czarujmy się – trudno jest zrzucić z tronu tak dopracowany pod każdym aspektem tytuł, jakim jest Elden Ring. Tymczasem widać jak na dłoni, że wampir z Kraju Kwitnącej Wiśni nieco cichaczem próbuje wgryźć mu się w szyję i spić małe co nieco, by zabłysnąć niczym Edward w jego chwale.
Można wręcz powiedzieć, że twórcy Code Vein II przygotowali potężną broń, a następnie skierowali jej lufę w swoją stronę. Bo i największą bolączką tytułu jest otwarty świat, który przecież w założeniu miał być jednym z wyznaczników kontynuacji. Problem polega na tym, że w wielu miejscach jest on zwyczajnie pusty i koncepcyjnie niespójny. Oczywiście mówimy tutaj o klimatach postapokaliptycznych, więc siłą rzeczy wszystko powinno w jakimś tam stopniu powodować poczucie osamotnienia i przygnębienia. Jednak Code Vein II nawet pod tym względem kuleje.
By nieco oddać grze sprawiedliwość, muszę podkreślić, że kilka lokacji, zwłaszcza w późniejszych etapach, potrafi zrobić wrażenie. Cudownie prezentują się tu, kolejny raz, elementy gotyckie, z których słynęło pierwsze Code Vein. Jednocześnie pierwsze wrażenie, jak sama nazwa wskazuje, można wywołać tylko jednokrotnie i z nieznanej chyba nikomu przyczyny twórcy na wstępie wrzucają nas w najmniej przejrzystą i najbardziej pozbawioną klimatu lokację, która bardziej przypomina wojskowe bunkry i bazy niż miejsca, które połączylibyśmy z wampirami.
Więcej nie zawsze znaczy lepiej
No i skoro już przy lokacjach jesteśmy, to zdecydowanie preferowałem korytarzową konstrukcję pierwszego Code Vein. W dwójce twórcy postawili na otwartość świata, ale wyraźnie widać, że ich zdolności kreatywne dość mocno odbiegają od najlepszych w tej dziedzinie. Jest zwyczajnie nierówno. W jednym momencie podziwiamy pięknie zaprojektowaną katedrę, której czar szybko pryska, gdy odwiedzamy jej wnętrze. Często daje się odczuć, że poziomy nie są przemyślane koncepcyjnie i poruszamy się po sztucznie zapchanych obiektami miejscówkach. Dobrze, że dość szybko otrzymujemy możliwość podróżowania motorem, dzięki czemu aż tak nie zwracamy uwagi na mankamenty.
Było to dla mnie tym bardziej zaskakujące, że doskonale pamiętam większość lokacji pierwszej części i choć ta również daleka była od doskonałości, pozostawiała przynajmniej po sobie jakiś znak. Wówczas wielokrotnie rozmyślałem, jak mam podejść danego przeciwnika – czy jestem już gotowy na konfrontację, czy może jeszcze powinienem go wyminąć. Dwójka pozbawia nas takich dylematów, bo wszystko możemy wykonywać we właściwym dla nas tempie. Poza oczywiście starciami z bossami, którzy przeważnie są wymagani do przejścia na kolejny obszar.
Ale wiecie co? Kilkakrotnie złapałem się na tym, że czułem przyjemność z odkrywania poszczególnych miejscówek. Być może bardziej za sprawą tego, że Code Vein II często bliżej do gatunku RPG niż soulslike. Dzięki temu powstał bardziej przystępny miszmasz, w którym bez problemu się odnalazłem. W praktyce bowiem otwarty świat daje też większe możliwości. Nic – no może poza stratą czasu – nie stoi na przeszkodzie, by godzinami podbijać poziom postaci i już napakowanym przystępować do walki z potężniejszymi adwersarzami.
I chyba dzięki temu nie czułem się mimo wszystko przytłoczony. Nie miałem wrażenia, że gra z uporem maniaka próbuje mnie sprowadzić do parteru. Zdaję sobie sprawę, że miłośnikom soulsów może się to nie spodobać, ale dla mnie taka przystępność była miłą odskocznią w gatunku. Ot, przez większość czasu czułem się niczym w epickim anime i, biorąc pod uwagę pierwszą część, tego właśnie się spodziewałem.
Każdy ma swojego łowcę… mam i ja?
Otwarty świat jest bez wątpienia największą zmianą w serii, ale właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że tak bardzo się na nim skupiłem, iż w sumie to nie wiecie, dlaczego przyjdzie wam go przemierzać. A wiedzieć warto, bo założenia fabularne są jednym z najlepszych elementów Code Vein II. Na początku zaznaczę, że dwójka nie jest powiązana z jedynką. Choć można w niej odnaleźć pewne nawiązania, przedstawia zupełnie nową historię i nowe postacie.
Akcja gry została osadzona w świecie, który chyli się ku upadkowi, a część wampirzej populacji – tak zwanych Revenantów – za sprawą dziwnego zjawiska Luna Rapacis zaczyna popadać w obłęd i zmieniać się w horrory. Splot wydarzeń sprawia, że nasz bohater, który jest zarazem łowcą, zostaje uratowany i połączony tajemniczą więzią z revenantką o imieniu Lou. Szybko okazuje się, że jest to dopiero początek ich drogi, bo dziewczyna jako jedyna skrywa w sobie moc mogącą uratować świat – potrafi cofać się w czasie. Tak, zgadliście – to właśnie ta para staje się centralną częścią przedstawionych wydarzeń i na niej skupi się główna linia fabularna Code Vein II.
Aby jednak rozpocząć przygodę, każdy będzie mógł przygotować swojego łowcę tak, jak mu się to żywnie podoba. Już przed premierą twórcy chwalili swój zaawansowany kreator postaci i przyznam szczerze, że łatwiej tutaj powiedzieć, czego w nim nie ma. Jest to potężne, kreatywne narzędzie, w którym, jeśli tylko zechcecie, spędzicie nawet kilka godzin, dopieszczając szczegóły swojej postaci. Choć osobiście wybrałem granie kanonicznym wyglądem bohatera po własnym, lekkim liftingu, już teraz jestem pełen podziwu tego, jak prezentują się poszczególni łowcy graczy. Przyznaję, że już dawno nie widziałem tak rozbudowanych funkcji przy tworzeniu postaci. Jeśli zatem nie chcecie grać gotowcem, polecam na dłużej zatrzymać się w kreatorze, zwłaszcza że swojego bohatera będziecie podziwiać w każdej fabularnej scenie.
Zobacz także: Ninja Gaiden 4 – recenzja
Wampir, który potrafi ukąsić
Cały czas będę podkreślał, że nie wybaczę twórcom próby podrobienia Elden Ring, bo pod tą całą fasadą otwartego świata skrywa się tak naprawdę bardzo ciekawie zrealizowana gra w stylu anime. Już sam wątek podróżowania w czasie sprawia, że w pewnym zakresie jesteśmy w stanie kształtować wygląd świata przedstawionego. W praktyce wygląda to tak, że przeskakując do danej linii czasu, zmuszeni jesteśmy dokonać pewnych wyborów, które nie tylko zmieniają teraźniejszość, ale również historię naszej przygody. To, jacy bohaterowie będą nam towarzyszyć, zależy wyłącznie od nas – czy zaskarbimy sobie ich lojalność, a może pozostawimy na niechybną śmierć w przeszłości? Gra wielokrotnie stawia nas przed takimi dylematami.
Ale nie tylko pod względem konstrukcji fabuły Code Vein II pokazuje pazur… a może kieł? System walki jest jednym z głównych filarów rozgrywki, o ile nie najważniejszym z nich. W tym zakresie twórcy nie zawiedli i udostępnili nam wiele możliwości, dzięki którym jesteśmy w stanie dostosować styl łowcy do naszych własnych preferencji. Nie mówię tutaj nawet o licznych rodzajach oręża, które wymuszają całkowitą zmianę naszego podejścia w czasie starć – zwłaszcza że każde z nich posiada unikalne zdolności. Otrzymujemy także możliwość podpięcia do łowcy tak zwanych Blood Veinów, które stanowią swoiste dodatki do stroju, inspirowane różnymi potworami i zwierzętami. Dzięki nim jesteśmy w stanie nie tylko zadać dodatkowe obrażenia, ale przede wszystkim wysysać z przeciwników Ichor – czyli po prostu manę, pozwalającą na wykorzystanie potężniejszych ataków.
Powracają również Blood Codes, które chyba najłatwiej określić jako więzy krwi z naszymi towarzyszami. Jeśli spędzamy dużo czasu i walczymy ramię w ramię z danym bohaterem, jesteśmy w stanie pozyskać od niego coraz to silniejsze próbki krwi, które podobnie jak bronie, nie tylko podnoszą statystyki łowcy, ale również niosą ze sobą różnego rodzaju efekty dodatkowe – jak np. zwiększone obrażenia dla danego typu wroga czy regeneracja.
Warto też wspomnieć o nowości, jaką jest możliwość wskrzeszania i łączenia się z towarzyszami. Gdy otrzymamy śmiertelny cios, nie umieramy od razu – zamiast tego nasz towarzysz przesyła do nas swoją esencję, która pozwala nam kontynuować starcie. Jednocześnie należy pamiętać, że w tym momencie musimy nieco poczekać na powrót kompana, a co za tym idzie – ponownej szansy na wskrzeszenie. Mówiąc prościej, tak długo jak jesteśmy w stanie unikać ataków wroga, możemy otrzymywać kolejne szanse powrotu, jednak potrzebny ku temu czas coraz bardziej się wydłuża, zatem… no cóż, najlepiej i tak nie umierać. Ale łatwiej powiedzieć niż zrobić.
Drugą wspomnianą możliwością jest fuzja postaci, która pozwala bardzo wzmocnić naszego łowcę, ale jednocześnie sprawia, że nasz kompan nie bierze bezpośredniego udziału w walce. Szczerze mówiąc, nie preferowałem takiego rozwiązania i wolałem walczyć z bossami w towarzystwie. Zwłaszcza że ci fabularni potrafią nieźle dać w kość. Kilka razy musiałem się na moment zatrzymać w fabule i podszkolić swoją postać. Dobrą wiadomością jest to, że w czasie awansu podnoszą się wszystkie statystyki, a nasi towarzysze również stają się mocniejsi. Zatem po chwili szkolenia jesteśmy w stanie bardziej przygotowani powrócić na arenę. Oczywiście wszelkiej maści elementy wyposażenia również jesteśmy w stanie usprawniać.

Ile znalazłem robaków w czasie przygody?
Jeśli chodzi o techniczne wykonanie, to przyznam się bez bicia, że bardziej przeszkadzało mi nierówne wykonanie Code Vein II niż błędy techniczne, których jakoś specjalnie przez długi czas rozgrywki nie uświadczyłem. A przynajmniej nie takich dużych, które zaburzałyby mi przyjemność. Nie mogę jednak powiedzieć, że gra działa stabilnie, bo pomimo średniej jakości oprawy, w wielu miejscach potrafi mocno chrupnąć i co ciekawe – robi to nawet w trybie wydajnościowym. Kilkakrotnie miałem też problem z wrogami, którzy pojawiali się w ścianie lub wpadali pod ziemię, ale po odpoczynku wszystko wracało do normy. W niektórych lokacjach zaczyna wariować też kamera, na szczęście problem ten występuje tylko sporadycznie.
Natomiast otwarcie ostrzegam, że gra bywa po prostu brzydka. O ile same modele postaci swoim wykonaniem trafiły w mój gust, i tu kwestia jest oczywiście dyskusyjna, bo nie każdemu mogą się spodobać. Tak lokacje mają rozstrzał od prześlicznych po takie, które wyglądem przypominają wręcz wcześniejsze generacje konsol. Przemierzając świat, co prawda trzeba mocno się przyglądać, by znaleźć największe jego mankamenty, ale przykładowo jakoś w połowie Zatopionego Miasta woda wygląda okropnie i widać na niej graficzne artefakty oraz pikselozę. Na domiar złego tekstury potrafią dość długo się doczytywać, a cały czas mówimy tutaj o stylu anime, więc nie jest to hiperrealizm i PlayStation 5 nie powinno mieć z tym najmniejszych problemów. Mimo wszystko, biorąc pod uwagę przyjemną rozgrywkę, pozostawia to niesmak i mam nadzieję, że przyszłe łatki jakoś te błędy zniwelują.
Ostatnim z moich zarzutów jest monotonna konstrukcja niektórych lochów i powtarzalność przeciwników. Piję tu głównie do ciągłego używania tych samych modeli wrogów i elementów wystroju wnętrz oraz korytarzy. Ale tego raczej już zmienić się nie da, bo twórcy sami narzucili sobie taki koncept poprzez otwartą budowę świata. Bardzo szkoda.

Więc warto, czy nie warto się wgryźć?
Więc dla kogo tak naprawdę jest Code Vein II? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Daleki jestem, by besztać tytuł za design, którym uraczyli nas twórcy. Bo ten zwyczajnie do mnie trafia. Prawda, że jest nieco dziwaczny, ale mi mocno skojarzył się z twórczością studia Clamp, za którym za młodu wręcz szalałem. Poza tym uważam, że bardzo łatwo podpiąć czemuś łatkę i wejść na grunt, który może w jakiś sposób kogoś urazić. Prywatnie uważam, że gra nie przekracza granic dobrego smaku i nie pokazuje nam niczego, do czego nie przyzwyczaiły nas już inne gry z Kraju Kwitnącej Wiśni. I tak to po prostu zostawię.
Największym błędem twórców było to, że próbowali konkurować z gigantami takimi jak Elden Ring. Było to złe założenie, bo w tej walce zwyczajnie nie byli w stanie zatriumfować. Code Vein II trafi jednak do osób, które gustują w stylistyce anime i chcą przeżyć w takim klimacie epicką historię. Większa możliwość eksploracji jest zarówno atutem, jak i największą bolączką tytułu, ale biorąc pod uwagę stylistykę i projekt postaci oraz bossów, szybko byłem w stanie nie zwracać na to większej uwagi – zwłaszcza, że motor jest naprawdę kozacki! Tak więc finalnie druga część nie trafi w gusta każdego i warto przed podjęciem decyzji zapoznać się z udostępnionymi materiałami. Ale jeśli już zagryzie, to łatwo nie wypuszcza ze swoich objęć i gwarantuje całkiem przyjemną opowieść ze sporym bagażem emocjonalnym. Osobiście właśnie tego po Code Vein II oczekiwałem.
Nasza ocena: 7/10
- ... który jednak nie musi do każdego trafić
- Otwarty, często pusty świat i powtarzalny świat
- Spadki animacji nawet w trybie wydajnościowym
- Wpływ decyzji gracza na świat przedstawiony
- Epickie walki w stylu anime
- System rozwoju postaci
- Większe możliwości towarzyszy
- Design postaci...
