High on Life 2 - recenzja. Koniec gadania, niech ponownie przemówią nasze bronie!
Stworzenie dobrej kontynuacji nie jest wcale łatwym zadaniem. Gracze to specyficzny gatunek, który najpierw oczekuje większej liczby nowości, a potem, gdy się już pojawiają, zaczyna kręcić na nie nosem. High on Life 2 próbuje znaleźć złoty środek i pomimo zwariowanej konwencji jest bardzo bezpieczne. Czy to dobry kierunek dla najbardziej pokręconej strzelanki na rynku?
Gdy łowca staje się zwierzyną
Kontynuacje można podzielić na dwie kategorie. Te opowiadające nowe przygody oraz takie, które bezpośrednio kontynuują rozpoczęte już wątki. High on Life 2 stoi pomiędzy w rozkroku. Trudno bowiem zrozumieć wszechobecny chaos, którym wita nas gra, nie mając kontekstu i nie wiedząc, co działo się w jedynce. Znajomość historii pierwszej części jest w tym przypadku niestety niezbędna. Jednocześnie szybkie tempo akcji i bezprecedensowa konstrukcja rozgrywki sprawiają, że i tak jesteśmy w stanie popłynąć i bawić się bez rozwiniętej wiedzy o świecie czy bohaterach. Osobiście polecam jednak najpierw zapoznać się, a najlepiej przejść pierwszą część. Dzięki temu lepiej się wczujecie i po prostu będziecie świadkami rozwoju nie tylko dziwacznych bohaterów, ale także świata przedstawionego, który po wydarzeniach z pierwszej części bardzo się zmienił.
Największym przewrotem w historii jest odwrócenie roli naszego protagonisty. Już w prologu, szalonym zwrotem akcji, z myśliwego staje się on zwierzyną, na którą polują najwięksi łowcy nagród w galaktyce. Takie przestawienie konwencji sprawia, że mimo pewnej wtórności gra nie traci na swojej atrakcyjności i wkręca nas w nieco inne, ale równie pokręcone wydarzenia. Jakby nie patrzeć, teraz gramy złoczyńcą — przynajmniej dla reszty świata — bo działania naszej postaci są oczywiście uzasadnione i w oczach gracza nadal walczymy o lepsze jutro. Ale kręgosłup moralny gdzieś po drodze zaczyna lekko pękać. I nie… fabuła nagle nie staje się mroczna i poważna. To nadal komedia pełna gagów i absurdalnych zwrotów akcji. Mimo wszystko gra na swój przewrotny sposób zaczyna stawiać pytania o to czym tak naprawdę jest bycie bohaterem i jak ważna jest w życiu rola rodziny. Bardzo fajnie było oglądać to uniwersum od nieco innej strony.
Natomiast co do samej fabuły — ta już w jedynce nie była odkrywcza. W High on Life zawsze bardziej chodziło o sposób w jaki została podana. Jeśli kochacie absurdalny humor i zwroty akcji, które często nie mają najmniejszego sensu, ale za to są widowiskowe i zabawne, to znów będziecie się świetnie bawić. Osobiście po kontynuacji nie oczekiwałem niczego więcej. Poza tym nie można napisać, że tak zupełnie nic się nie zmieniło. Na uwagę zasługuje chociażby kilka minigier, które znakomicie uzupełniają uniwersum. Mi szczególnie spodobała się praca taksówkarza, a raczej kuriera, który przenosi w czasie pasażerów w TaxiBallu. Nie zabraknie też takich aktywności jak łowienie ryb czy tańczenie. Zatem jeśli myśleliście, że po jedynce nie może być już bardziej absurdalnie — zapewniam… może być.
Stare gęby i nowe lufy w High on Life 2
Jak wspominałem, świat gry bardzo się zmienił, miasta i lokacje są teraz bardziej rozległe i zróżnicowane, jest ich też zwyczajnie więcej. Kilka znanych miejsc zostało nawet gruntownie przebudowane. Nie zabrakło także powrotów lubianych bohaterów i spluw. Co jednak ważniejsze, znane postacie otrzymały teraz znacznie większą rolę w historii. Mocno został rozbudowany przykładowo wątek Lizzie, która stała się jedną z wiodących postaci w grze. Napiszę jedynie, że w takich sytuacjach jeszcze jej nie widzieliście i w moim odczuciu jest to największa metamorfoza w serii. Oczywiście powraca też Gene, który nie tylko komentuje w cyniczny sposób nasze postępowanie, ale od teraz bierze udział w większej liczbie interakcji i częściej inicjuje wątki poboczne przygody.
Zasadniczo dwójka jest pod względem narracji bardziej rozbudowana. Nie mówię tutaj już o ilości przegadanej treści, bo — jakby nie patrzeć — naszym spluwom gęby praktycznie się nie zamykają. Ale samych wyborów w czasie misji jest w dwójce znacznie więcej. Są one co prawda pozorne, ale zawsze i nawet jeśli tak naprawdę niewiele wnoszą do całości, to aż chce się powtarzać pewne akcje po to, by usłyszeć zupełnie inne odpowiedzi broni na zaistniałą sytuację.
Dobra, ale jak w zasadzie zmienił się nasz arsenał? Od samego początku przygody towarzyszą nam Gus, Sweezy oraz Knifey i można by powiedzieć, że to wystarcza. Bo nawet w towarzystwie tej wielkiej trójcy można bawić się wręcz wybornie. Ale na tym oczywiście plejada spluw się nie kończy. Powraca zarówno Creature, który w dwójce doczekał się potomstwa… nie pytajcie, oraz znany z rozszerzenia B.A.L.L. Z nowych towarzyszy warto wymienić chociażby Travisa, który może nie jest najsilniejszą pukawką, ale pomaga w rozwiązywaniu niektórych łamigłówek środowiskowych. Największą nowością, która trafia w nasze łapki, jest w moim odczuciu Bowie — pierwszy gadający łuk, który sprawdza się głównie w walkach z potężnymi bossami i swoimi zdolnościami wielokrotnie ratował mi życie. Jest zatem z kim rozmawiać i z czego strzelać. Co prawda liczba nowości w tym zakresie może nie powala, ale twórcy wyraźnie postawili na jakość i jak najbardziej przyklaskuję takiemu podejściu.
Mamo, patrz, jeżdżę na desce!
A przynajmniej próbuję jeździć! Niewątpliwie jedną z największych i mocno reklamowanych nowości w High on Life 2 jest deskorolka, którą wykorzystujemy nie tylko do szybszego poruszania się, ale również w samej walce. W praktyce deska zastępuje nam szybki bieg, z tą różnicą, że czasami możemy wskoczyć na umieszczone wysoko rampy i dotrzeć do punktów, które normalnie nie byłyby dla nas dostępne.
O ile jednak w tej formie deskorolka sprawdza się świetnie i idealnie wpisuje się w konwencję całego świata, tak w przypadku walki już tak różowo nie jest. Wiele starć wręcz wymaga użycia tego sprzętu, a nie zawsze jest on idealnym rozwiązaniem. Postać siłą rzeczy porusza się bardzo szybko i biorąc pod uwagę chaos dziejący się na ekranie, trafienie w mniejszych wrogów często graniczy z cudem. Ten chaos jest co prawda świadomym wyborem twórców, mam jednak wrażenie, że czasami zbyt nachalnie starali się pokazać nam nową zabawkę.
Oczywiście samą deskę w późniejszym czasie mamy możliwość usprawniać, co nieco przekłada się na komfort korzystania. Nadal jednak ciekawsze są pod tym względem ulepszenia związane z eksploracją niż walką. Osobiście, gdzie tylko się dało, walczyłem w bardziej konwencjonalny sposób. Ale hej — to tak naprawdę wasz wybór i być może, w przeciwieństwie do mnie, będziecie faktycznie potrafili na desce zdziałać cuda.
Zobacz także: Battlefield 6 – recenzja

Kiedy nawet broniom odbiera mowę
No i w tym momencie słychać mocne chrupnięcie. Bo i sama gra potrafi wielokrotnie przyciąć. Co jest o tyle istotne, że tytuł ogrywałem już po premierze na Xbox Series X, zatem powinien zostać odpowiednio zaktualizowany. Spadki animacji są w High on Life 2 niestety mocno odczuwalne i zaliczyłbym je do największych bolączek gry. Na domiar złego tytuł wielokrotnie wygląda po prostu gorzej od pierwszej części — lokacje są tu bardzo nierówne — a znacznie częściej pojawiają się problemy z doczytywaniem tekstur i ogólnie pojętą optymalizacją.
Nie kupuję też pomysłu z częstymi ekranami wczytywania, które przedstawiają spadające w dół tabletki. Ten dziwny wybór ma oczywiście pokrycie w samej fabule, ale na moje oko takich ekranów w trakcie rozgrywki jest zwyczajnie zbyt dużo i są one za długo. Przy obecnej generacji konsol nie powinno mieć to miejsca, zwłaszcza w grze, która bądź co bądź opiera się na dynamice i akcji. Kilka razy mocno wybiło mnie to z immersji.
Wybory fabularne i poczucie humoru to tematy względne i każdy musi sam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy mu odpowiadają. O ile mi ogólnie historia przypadła do gustu, o tyle uważam, że jedynka bardziej zaskakiwała, była spójniejsza pod względem konstrukcji zadań i siłą rzeczy bardziej odkrywcza oraz ciekawsza. Dwójka wielokrotnie powiela znane schematy i choć próbuje być innowacyjna, nie zawsze do końca jej to wychodzi.

Czy warto dać drugi raz spluwom głos?
High on Life 2 to tytuł bezpieczny, który aż się prosi, by jeszcze bardziej pojechał na desce po bandzie. Jednocześnie to bardzo dobra kontynuacja, która rozwija wszystkie wątki i uniwersum przedstawione w poprzedniej części. Najbardziej pokręcona strzelanka powróciła i choć może wydawać się odgrzewanym daniem, ma w sobie szczyptę nowych smaków, które potrafią połechtać nasze podniebienie. Jeśli zatem podobał się wam klimat jedynki i gustujecie w takiej konwencji, możecie celować śmiało — zapewniam, że traficie w sam środek tarczy.
Mam też cichą nadzieję, że powstanie trzecia część i będziemy mogli mówić o serii jako o trylogii. Wiele wątków na to wskazuje, ale ich ustrzelenie pozostawiam wam. Osobiście, pomimo problemów technicznych, i tak bawiłem się w grze bardzo dobrze. Nie uważam też, by czas w niej spędzony należał do straconych. To po prostu kontynuacja, która nawet nie próbuje zabłysnąć, a jedynie (albo aż) ulepsza sprawdzone rozwiązania, którymi uraczył nas pierwowzór. Mimo wszystko dobrze było ponownie zobaczyć ulubione gadające spluwy i przeżyć w ich towarzystwie kolejną zwariowaną, kosmiczną przygodę.
Nasza ocena: 7/10
- ... które jednak nie każdemu musi się podobać
- Spadki klatek animacji
- Dość długie ekrany doczytywania
- Nowe gadające spluwy
- Poruszanie się na deskorolce
- Zabawne minigry
- Kontrolowany chaos na ekranie
- Absurdalne poczucie humoru...
