Kingdom Come: Deliverance (PS5) – recenzja. To najlepszy moment, by w pełni zanurzyć się w średniowiecznym RPG
Od premiery Kingdom Come: Deliverance minęło osiem lat. Po udanej kontynuacji twórcy ze studia Warhorse Studios postanowili przypomnieć graczom o pierwszej części za sprawą wersji ostatecznej, która korzysta z dobrodziejstw konsoli obecnej generacji. Czy dzięki wprowadzonym zmianom życie Henryka stało się łatwiejsze? Zdecydowanie nie, ale dla samych graczy — owszem. Sprawdźmy, dlaczego wydanie Royal Edition stanowi najlepszy moment, by zanurzyć się w tym historycznym RPG.
Drobiazgi, które naprawdę robią różnicę
Na początku muszę Wam się do czegoś przyznać. Do samego Kingdom Come: Deliverance podchodziłem po premierze kilkakrotnie i… za każdym razem odbijałem się od gry. Nie potrafiłem wówczas zrozumieć fenomenu tytułu Warhorse Studios. Jednocześnie było tak nie dlatego, że gra mi się nie podobała pod względem założeń oraz fabuły, ale jej toporność w mechanikach i brak płynności sprawiały, że nie potrafiłem wówczas czerpać z rozgrywki przyjemności. W tamtym okresie średniowieczne RPG poznałem jedynie połowicznie, nie robiąc w nim wszystkiego i nie korzystając z dobrodziejstw dodatków, które były wydawane już po premierze.
I tu cały na biało, na swoim rumaku, wjechał Henryk w wersji Royal Edition, odmieniając całkowicie moje postrzeganie i doświadczenia płynące z obcowania z tytułem. Mówiąc prościej, w końcu zacząłem dobrze bawić się w grze. Ale skąd aż taka duża różnica w postrzeganiu w zasadzie tego samego produktu po zaledwie liftingu? Jak się okazuje, diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach.
Jeśli kiedyś, podobnie do mnie, narzekaliście na płynność, to właśnie został wybity Wam z dłoni najsilniejszy oręż. Obecnie gra działa w 60 klatkach na sekundę i natywnym 4K, dzięki któremu świat przedstawiony stał się jeszcze piękniejszy i bardziej immersyjny w odbiorze. Należy jednak od razu uczciwie zaznaczyć, że gracze preferujący komputery PC mogli już dawno cieszyć się takimi rozwiązaniami dzięki ustawieniom Ultra. Konsolowcy musieli po prostu nieco dłużej poczekać.
60 klatek! Ale nie dla wszystkich
Jednocześnie idealnie nie jest. O ile wersja na PlayStation 5 Pro faktycznie utrzymuje pod tym względem stabilność, o tyle na bazowej wersji konsoli gra potrafi minimalnie przycinać i tracić płynność — zwłaszcza w bardziej zaludnionych miejscach. Na szczęście są to problemy sporadyczne.
Co jednak najważniejsze, to nie tylko graficzny lifting. Dzięki większej płynności główna bolączka gry, jaką była trudna i precyzyjna walka, w końcu stała się bardziej responsywna i przyjemniejsza. Co nie znaczy, że łatwiejsza, ale w końcu porażki można zrzucić jedynie na brak własnych umiejętności… lub Henryka, a nie na toporność, przeskoki i opóźnienia w sterowaniu.
Ale samo klatkowanie to jeszcze nie wszystko. Niewątpliwie na lepsze odczuwanie gigantyczny wpływ mają również dyski SSD, które radykalnie skróciły czas wczytywania. Co prawda pod tym względem cudów nadal nie uświadczycie i nadal mogłoby być lepiej, ale różnica jest niemal natychmiast odczuwalna. Mówiąc więc bardziej dosadnie, choć gra ma na karku już osiem lat i pod wieloma względami odstaje — tak, patrzę teraz w stronę drugiej części — to w końcu możemy powiedzieć, że jest to gra next-genowa.
Czesi nie gęsi, iż swój język mają
Udźwiękowienie Kingdom Come: Deliverance było w moim odczuciu jednym z najmocniejszych atutów gry. Jednocześnie nie mogłem zrozumieć, dlaczego w czeskiej grze nie ma czeskiego dubbingu. Tak, pod tym względem jestem nieco purystą, co prawda wybiórczym, ale jednak. Granie po angielsku strasznie bolało moje uszy. To nieco tak, jakby nie grać po japońsku w Yakuzę, jakby nie przemierzać ciemnego Metra po rosyjsku czy zrezygnować z polskich docinek Geralta w Wiedźminie. Oczywiście… że można, ale w moim odczuciu są gry, które aż proszą się o granie w ojczystym języku i dzięki takiej opcji nabierają jeszcze większego uroku.
Zwłaszcza jeśli dodatkowo otrzymujemy bardzo dobrą polską wersję kinową, która w większości wyłapuje wszystkie językowe smaczki. Przyznaję, że wprowadzenie czeskiego dubbingu wywołało na mnie większe wrażenie poprawienie oprawy graficznej. Ba, wręcz powiedziałbym, że dzięki temu i tak już poważna historia stała się jeszcze bardziej historyczna, wiarygodna i w końcu nie można odmówić jej własnej tożsamości. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to zmiana, z której nie każdy skorzysta, ale chodzi o sam fakt posiadania wyboru, który dla części graczy diametralnie zmieni odbiór tytułu.
Zobacz także: Avowed – recenzja (PS5)
Bo od przybytku głowa nie boli
Oprawa i wykonanie to jedno, ale warto pochylić się na chwilę nad samą zawartością. A trzeba przyznać, że wersja Royal pod tym względem naprawdę błyszczy. Już na wstępie napisałem, że jest ona najlepszym momentem, by wskoczyć w świat Kingdom Come: Deliverance, i nie były to słowa jedynie rzucane na wiatr.
Wydanie posiada nie tylko wszystkie łatki i usprawnienia, które pojawiały się przez lata, ale przede wszystkim może pochwalić się kompletem dodatków, które znacząco przedłużają rozgrywkę — a gra do krótkich przecież i tak nie należy — oraz sprawiają, że życie w średniowiecznych realiach staje się jeszcze bardziej ciekawe. No i ogólnie odnosi się po prostu wrażenie, że gra w końcu stanowi zamknięte i pełne doświadczenie.
Co ważniejsze, wszystkie rozszerzenia są obecnie częścią przygody i kompletnie nie odczuwałem, że stanowią dla niej dodatkową zawartość. Po prawdzie, gdyby nie informacje w grze, to często nawet bym nie wiedział, że już doświadczam zawartości bonusowej i… było to wręcz fantastyczne uczucie. Obcowanie z nowymi mechanikami w przypadku „From the Ashes” czy oglądanie wydarzeń z perspektywy Teresy w „A Woman’s Lot” — wszystko odbywało się w sposób bardzo organiczny, wręcz naturalny. Zdecydowanie nie jest to tytuł, w który wchodzi się jedynie na wieczór, nie dziwota zatem, że wielu graczy spędza w nim setki godzin i nadal ma co robić. To RPG, które, gdy już zaskoczy, sprawia, że w nim żyjemy.

Nieociosane drewno nadal ma drzazgi
Niestety, pomimo ulepszeń Kingdom Come: Deliverance nadal boryka się z problemami. Ale powtórzę to raz jeszcze. Wersja na nowe konsole jest jedynie lekkim odświeżeniem i dostosowaniem tytułu do nowych sprzętów. Tak więc grafika, pomimo że jest naprawdę ładna, potrafi już nieco odstawać, co widać zwłaszcza w nieco drewnianych modelach postaci. Mimo wszystko dzięki większej rozdzielczości i płynnej rozgrywce bez zgrzytów zębami da się przejść do drugiej części i nie zderzymy się wówczas z technologiczną ścianą.
Poza wspomnianymi już lekkimi spadkami animacji są dwa aspekty, których niedopracowanie wyraźnie rzuca się w oczy. Najbardziej z rytmu opowieści wybijały mnie błędy w cieniowaniu, które pojawiają się nieoczekiwanie i zwykle w najbardziej fabularnych momentach. Gdy prowadzimy rozmowę z ważną postacią, migotanie na jej twarzy potrafi popsuć nastrój dialogu. Na szczęście ten problem pojawił się u mnie zaledwie kilka razy i nie wiem, czy jest on raczej losowy, czy dotyczy specyficznych ujęć.
Drugą kwestią jest mały zasięg doczytywania obiektów, choć tak naprawdę jest on najbardziej widoczny podczas podróżowania na grzbiecie konia. Wówczas wydaje się, że gra po prostu nie nadąża z odświeżaniem i niektóre obiekty potrafią pojawiać się kilka metrów przed naszym wierzchowcem. Ponownie, nie jest to coś, co przekłada się na ogólne odczuwanie, bo świat jest na tyle ciekawy, że te chwilowe anomalie nie zakłócają jego atutów. I… to w zasadzie tyle. Wersja na obecną generację konsol jest zdecydowanie najbardziej stabilną – oczywiście poza PC - i jeśli macie wybór, zdecydowanie powinniście na takowej się skupić.
Bardzo miłym gestem twórców jest udostępnienie darmowej aktualizacji, zatem jeśli wcześniej zakupiliście grę, ale macie ochotę jeszcze raz w nią zagrać, po włożeniu płyty do konsoli lub już z poziomu sklepu będziecie w stanie bez żadnych dodatkowych opłat pobrać nową wersję. Również Wasze zapisy ze starszych platform zostaną automatycznie przeniesione.

Czy zatem warto dać drugą szansę Henrykowi?
Henryk to bohater, któremu zdecydowanie warto dać drugą szansę. Jeśli podobnie jak ja odbiliście się od tytułu nie przez jego klimat, ale właśnie techniczne problemy, to jest to właściwy moment, by przypomnieć sobie o Kingdom Come: Deliverance. Jednocześnie warto mieć świadomość, że nowa wersja, choć czyni grę bardziej przystępną, nadal nie należy do najłatwiejszych. Średniowieczne Czechy nadal mają bardzo wysoki próg wejścia i pierwsze godziny rozgrywki potrafią przytłoczyć. W tym przypadku upór i determinacja jednak popłacają, bo w rezultacie doświadczycie jednej z najbardziej dojrzałych historii w gatunku RPG.
Nieco inaczej wygląda sprawa w przypadku osób, które już dogłębnie poznały historię Henryka. Te nie doznają żadnego objawienia. Nie jest to bowiem pełnoprawny remake, a zwykła konwersja, która poprawia same doznania płynące z rozgrywki i nie próbuje ich nagle przewrócić do góry nogami.
Mimo wszystko, pomijając wersję PC, nie ma wątpliwości, że jest to obecnie najładniejsza i najpełniejsza wersja pierwszego Kingdom Come na rynku. Historia, pomimo ośmiu lat na karku, kompletnie się nie postarzała, a dzięki usprawnieniom technicznym i pełnej zawartości jej odbiór jest jeszcze spójniejszy i pełniejszy. Bardziej dopracowanej wersji tej gry zwyczajnie nie uświadczycie.
Nasza ocena: 8/10
- Mimo wszystko to tylko lifting
- Gra na bazowym PS5 potrafi spowolnić i chrupnąć
- Stałe 60 klatek na sekundę w wersji na PS5 Pro
- Świat gry w natywnym 4K jest jeszcze piękniejszy
- Wszystkie dodatki i aktualizacje w jednym pakiecie
- Darmowa aktualizacja dla posiadaczy gry w starszej wersji
- Bezproblemowe przenoszenie zapisów gry
- To nadal ta sama, dojrzała historia
- Świetnie napisane postaci
