PRAGMATA – recenzja. O dwójce, która zhakowała księżyc
Na Pragmatę czekałem już od pierwszej zapowiedzi. Przemawiała do mnie zarówno kosmiczna stylistyka, jak i nieco bardziej azjatyckie podejście w kreacji postaci i prowadzeniu narracji. W końcu mogłem dorwać grę w swoje ręce i sprawdzić, co też nowego przygotował dla nas Capcom. Para bohaterów już w prezentacjach potrafiła skraść serce widza, ale czy jest w stanie również ukraść… a raczej zhakować cały Księżyc? Między innymi na to pytanie odpowiada niniejsza recenzja.
Duet, którego nie sposób nie polubić
Po seansie Projekt Hail Mary najwyraźniej nadal brakuje mi familijnego klimatu osadzonego w kosmicznej scenerii, bo zwyczajnie nie byłem w stanie nie polubić dwójki bohaterów Pragmaty. Choć uczciwie muszę powiedzieć, że postacie wykreowano w sposób bardzo typowy i wręcz podręcznikowo odhaczano u nich każdy kolejny etap pogłębiającej się relacji. Tak mimo wszystko byłem w stanie kupić z miejsca typowe dla azjatyckich gier, nieco przekolorowane emocje. Bo i trudno odmówić im jakiejś wdzięczności, pozytywnej energii oraz uroku.
Hugh to typowy protagonista, który początkowo ma niewiele do powiedzenia, jednak z czasem, głównie za sprawą Diany, coraz mocniej się otwiera. W tym kontekście porównywanie go do Joela z The Last of Us lub Kratosa z God of War jest jak najbardziej adekwatne. Bo gra ukazuje te same emocje i wartości, ale robi to nieco bardziej dosłownie, by nie powiedzieć, że wręcz naiwnie. I nie jest to żaden przytyk do fabuły, a wręcz uważam, że obecnie takie historie są nam wszystkim bardzo potrzebne.
A naiwność i niewinność są z kolei domenami Diany – czyli dziewczynki-robota – którą poznajemy zaledwie kilka minut po rozpoczęciu rozgrywki. I co mogę napisać? Postać jest zwyczajnie urocza i kradnie każdą fabularną scenę. Po prawdzie, gdyby nie jej umiejętności, trudno byłoby ją czasami odróżnić pod względem zachowania od ludzkiego dziecka. Ale o to właśnie chodzi.
Mamy tu zatem do czynienia z kolejną, zdawać by się mogło, historią ojcowską, która tym razem dla odmiany została osadzona w kosmicznych realiach. I wiecie co? W praktyce sprawdza się to naprawdę dobrze. Na tyle, że kolejne etapy przechodziłem na jednym wdechu, by poznać kolejne elementy fabuły i zobaczyć, jak to wszystko się skończy. Warto w tym miejscu dodać, że całość zamyka się mniej więcej w piętnastu godzinach. Czas może nieznacznie się wydłużyć, jeśli będziecie chcieli znaleźć wszystkie znajdźki i sekrety oraz zmierzyć się z opcjonalnymi wyzwaniami. Jednak poziom trudności jest na tyle sprawiedliwy, że większość rzeczy da się wykonać po prostu, przechodząc grę.
Pragmatyczne strzelanie i hakowanie
Ale czym tak naprawdę jest Pragmata? Jeśli chodzi o fabułę, z oczywistych względów nie mogę wam zdradzić tej tajemnicy, ale mogę wam napisać, czym jest gra. Tytuł stanowi połączenie narracyjnej przygody z grą akcji, w której pokonywanie robotów przeplata się z poznawaniem kolejnych wątków fabularnych. Całość oglądamy zza pleców bohatera, choć w tym przypadku raczej bohaterów, bo Diana prawie cały czas przyklejona jest do kombinezonu Hugha. Czyli mamy do czynienia z kolejną, banalną futurystyczną strzelanką? Nic bardziej mylnego.
Połączenie wszystkich elementów daje całkiem ciekawy koncept. Początkowo nasze zdolności walki są ograniczone, ale później, gdy zdobywamy kolejne bronie i zdolności, zaczyna robić się coraz ciekawiej. Zwłaszcza gdy zaczynamy bawić się hakerskimi umiejętnościami Diany, które odmieniają sposób, w jaki walczymy z przeciwnikami. A w zasadzie wręcz definiują całą mechanikę starć.
O ile bowiem strzelanie jest, no cóż, standardowe i poprawne, tak już hakowanie zostało przedstawione jako dynamiczna minigra, w której musimy odpowiednio pokierować kodem, tak by dotrzeć do wyłącznika systemów obronnych danego robota. Po drodze zahaczamy o kolejne efekty, które w jakiś sposób wpływają na stan przeciwnika. Może być to przykładowo zbicie jego obrony, porażenie pobliskich robotów lub wywołanie krytycznego ataku, którym możemy od razu zakończyć konfrontację. Możliwości jest naprawdę dużo, a te jeszcze bardziej wzrastają poprzez zdobywanie kolejnych zdolności.
W późniejszych etapach rozgrywki musimy też bardziej planować ścieżkę hakowania, bo poszczególne maszyny stają się bardziej niebezpieczne, a ich panele bardziej skomplikowane. Sprawy nie ułatwia fakt, że wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym. Roboty musimy więc hakować pomiędzy ostrzałami z broni i unikaniem ataków adwersarzy. Czyni to starcia bardziej dynamicznymi i ciekawszymi, bo i na większość maszyn działa nieco inna taktyka.
Ale pozwolę sobie dosłownie na moment powrócić do strzelania. Bo to, że jest standardowe, nie oznacza jednocześnie, że jest złe. Powiedziałbym nawet, że w przypadku Pragmaty system strzelania jest poprawny i idealnie się sprawdza. Ot, po prostu nie wyróżnia się on jakoś szczególnie w stosunku do innych gier akcji. Na uwagę zasługuje natomiast to, że wiele broni skupia się na dodatkowych efektach, które w jakiś sposób mogą zaszkodzić maszynom. Fajnym pomysłem jest również podzielenie arsenału na kilka typów, takich jak bronie ofensywne, taktyczne czy wspierające, dzięki czemu jesteśmy w stanie przygotować się odpowiednio na konfrontację z bossami.
Księżyc jak prawdziwy
Do tej pory niewiele wspominałem o fabule gry, ale nie dlatego, że jest ona niewarta uwagi. Jeśli chodzi o początek, to jak często bywa, jest on sztampowy. Placówka badawcza na Księżycu, która zajmuje się głównie nowoczesną technologią druku, przestaje odpowiadać, w związku z tym zostaje wysłana grupa techników, by ocenić sytuację. No i jak to najczęściej bywa, nie wszystko idzie według planu, a problem okazuje się znacznie bardziej poważny, niż początkowo zakładano. Hugh zostaje ranny, pomaga tajemnicza dziewczynka i… no właśnie.
Całość bardzo szybko przestaje skupiać się wyłącznie na powrocie na Ziemię. W czasie przygody pojawiają się nowe zmienne, takie jak zbuntowana, zdawać by się mogło, sztuczna inteligencja bazy czy tajemniczy kot hologram, o którym więcej szczegółów nie zamierzam wam zdradzać. Pochodzenie Diany czy materiał Lunafilament, dzięki któremu można replikować dosłownie wszystko, stanowią same w sobie tajemnice. Choć fabuła w kilku miejscach bywa przewidywalna, tak muszę przyznać, że potrafi wciągnąć.
Zwłaszcza że poszczególne elementy układanki odnajdujemy w przepięknych lokacjach. Niech was nie zwiedzie początek, bo później gra wręcz zapiera dech w piersi i gdy już spodziewamy się, że czegoś piękniejszego nie zobaczymy, twórcy za każdym razem udowadniają, że mają jeszcze wiele do pokazania. Ale czym tak wyjątkowym może wyróżniać się kosmiczna, sterylna w założeniu baza? Biorąc pod uwagę technologię druku, nad którą pracowali w niej naukowcy, tak mógłbym napisać… wszystkim. Bo czy spodziewacie się na Księżycu części dzielnicy Manhattanu? A jest to dopiero początek atrakcji i zaskakujących miejsc, które odwiedzimy w czasie naszej kosmicznej wycieczki. Zapewniam, że warto w nią wyruszyć.
Zobacz także: Death Stranding 2: On The Beach - recenzja
Witamy w Azylu
Poza widokami i rozbijaniem na czynniki pierwsze robotów czeka na was sporo atrakcji. Bohaterowie bardzo szybko trafiają do tak zwanego Azylu, który stanowi swoisty hub, w którym przygotowujemy się do dalszej podróży. Większość magii dzieje się właśnie w tym miejscu.
Poza usprawnianiem broni i zdolności z czasem odblokujemy coraz więcej modułów Azylu, które chociażby dostarczą nam potrzebnych danych o wrogach czy dodatkowych wątków na temat fabuły. Również tutaj uzyskamy dostęp do specjalnego robota, u którego za żetony zagramy w bingo i, jakkolwiek by to nie brzmiało, dzięki losowaniom zdobędziemy naprawdę dobre przedmioty, takie jak nowe mody do hakowania, kolejne usprawnienia czy nawet ubrania dla postaci. Same żetony natomiast odnajdywać będziemy w skrzynkach oraz zdobędziemy je w specjalnych wyzwaniach treningowych.
Ale Azyl to przede wszystkim miejsce, w którym będziemy pogłębiali naszą relację z Dianą i przekazywali jej informacje na temat funkcjonowania świata oraz ludzi. Jedną z najciekawszych znajdziek, jakie napotkacie na swojej drodze, będą stanowiły wydruki poszczególnych miejsc oraz przedmiotów. Te swoiste pamiątki ludzkości dostarczamy Dianie w formie prezentów, które następnie łączą się w kilka ekspozycji. Co istotne, dziewczynka czynnie z nich korzysta – przykładowo buja się na huśtawce – i dzięki temu pojawiają się kolejne tematy rozmów oraz aktywności, takie jak zabawa w chowanego. Co jakiś czas dziewczynka w ramach wdzięczności daje nam prezent, który jeszcze bardziej pogłębia więź postaci.
I jest w tym coś wspaniałego, co sprawia, że prosty hub nie staje się jedynie miejscem na gromadzenie kolejnych przedmiotów. Jasne, poza dialogami fabularnymi niektóre teksty zaczynają się z czasem powtarzać, ale i tak jest ich na tyle dużo, że przez długi czas czujemy świeżość. Również obserwowanie Diany w próbach stawania się jeszcze bardziej ludzką potrafi rozweselić lub, zależnie od kontekstu, wzruszyć. W moim odczuciu to właśnie relacja tej niecodziennej pary bohaterów jest główną siłą Pragmaty, która nie pozwala się oderwać od ekranu.

Techniczne wykonanie Pragmaty
I… jestem w kropce. Bo prawda jest taka, że pod względem wykonania nie mam absolutnie nic do zarzucenia Pragmacie. Całość śmiga na silniku RE Engine i podobnie jak w przypadku niedawno recenzowanego przeze mnie Resident Evil: Requiem gra technicznie zachwyca. Mimika postaci, głównie Diany, jest bardzo bogata i realistyczna, choć charakteryzuje się miejscami bardzo przesadzonymi emocjami. Ale tu należy brać pod uwagę, że dziewczynka dopiero się ich uczy, więc w praktyce wypada to naprawdę dobrze. Również wspaniale prezentuje się model naszego protagonisty, którego kombinezony i futurystyczne bronie są bardzo szczegółowe i łatwo uwierzyć w ich istnienie. Nawet nie będę ponownie rozpoczynał wątku o lokacjach, bo jest to naprawdę temat rzeka. Ale każda z nich jest wyjątkowa i na długo zapada w pamięci.
Co najważniejsze, pomimo tak zaawansowanej grafiki gra praktycznie nie zwalnia. Całość chrupnęła mi może z dwa razy, a to i tak w momencie, gdy dopadło mnie w wąskiej przestrzeni kilka robotów. Gra działa stabilnie, nawet na bazowej wersji PlayStation 5. Muszę tu wyraźnie pochwalić twórców, bo przez całą rozgrywkę nie napotkałem również na żadne poważniejsze błędy techniczne.
A co z tymi mniej doskwierającymi problemami? W kilku lokacjach potrafi zgłupieć kamera i na domiar złego dzieje się to głównie w czasie walki z bossami, za których ruchami ewidentnie nie nadąża. Mimo swojego piękna lokacje bywają nierówne pod względem designu i dotarcie do niektórych znajdziek zostało w nich bardzo sztucznie utrudnione. Gra ma głównie konstrukcję korytarzową, a i tak czasami można się zgubić.
A skoro już o utrudnieniach mówimy, mam wrażenie, że wyzwania są czasem nierówne. W niektórych miejscach spotykamy zamknięte drzwi do tak zwanych Czerwonych Stref, które w teorii mają stanowić największe wyzwania, ale w praktyce niektóre z późniejszych okazują się łatwiejsze niż poprzednie. Choć to oczywiście może być odczucie jedynie subiektywne. No i ostatnie, co nie do końca mi się spodobało, to monotonia prowadzenia fabuły środowiskowej, która w zasadzie sprowadza się do szukania paneli w celu odblokowania kolejnych postawionych nam na drodze drzwi. O ile w natłoku innych rzeczy aż tak bardzo to nie męczy, o tyle pozostaje lekki niesmak, że nawet nie spróbowano nieco bardziej urozmaicić rozgrywki.

Czy warto wylądować na Księżycu?
Zdaję sobie sprawę, że rozgrywka w Pragmacie może wydawać się komuś oklepana, powtarzalna, a wręcz monotematyczna. Ale mimo wszystko bawiłem się w grze świetnie. Poziom wykonania oraz nienachalna, bardzo klasyczna wręcz narracja sprawiły, że był to tytuł, który idealnie wpasował się zarówno w poczucie mojej estetyki, w mój światopogląd oraz wartości. To prosta, ale naprawdę ładna historia, która do tego daje sporą frajdę z walki i szukania znajdziek. Co niewątpliwie zadowoli zarówno fanów wyzwań, jak i podobnych do mnie kolekcjonerów.
Capcom tym razem nie próbował nawet wynaleźć koła na nowo. Zamiast tego zaprezentował spójną wizję, która może przypaść do gustu nie tylko fanom gatunku science fiction. Osobiście uważam, że czas spędzony w Pragmacie był dobrze spożytkowany, a poziom wykonania świata przedstawionego i wręcz urocza relacja dwójki bohaterów sprawiły, że już teraz jest to jedno z największych zaskoczeń tego roku.
Nasza ocena: 8,5/10
- Pomniejsze problemy z kamerą
- Leniwe prowadzenie zagadek środowiskowych
- Nierówne wyzwania
- Piękne przedstawiona relacja bohaterów
- Oprawa graficzna
- Zaskakująco różnorodne lokacje
- Liczne znajdźki i sekrety
- Spory arsenał broni i umiejętności
- Minigra z hakowaniem podczas walki
