007: First Light - recenzja. Licencja na zabójczą grę

Data dodania: 02-06-2026

James Bond to bohater w popkulturze niemal tak rozpoznawalny i kanoniczny jak Vader czy Batman. W świecie gier wideo pojawia się już od wielu lat, ale jego przygody bywały zwykle przeciętnej jakości. Za nowe odpowiadają ojcowie Hitmana, a więc studio IO Interactive. Mogliśmy zatem spodziewać się iście zabójczego tytułu, ale czy młody Bond może z dumą nosić numer 007? Zapraszam do recenzji.

Szpieg, który mnie kochał

A ja pokochałem jego. Bo i trudno tak naprawdę ukrywać swój zachwyt nową grą o najsłynniejszym tajnym agencie. Dla wielu osób idealnym Bondem w świecie gier było GoldenEye na Nintendo 64, mnie szczerze mówiąc wielki bum na ten tytuł ominął. W tamtym okresie wszelkie tytuły z widokiem z pierwszej osoby zwyczajnie omijałem szerokim łukiem i prawdę mówiąc z nielicznymi wyjątkami do dziś mi tak pozostało. Właśnie z tego powodu znacznie bardziej po drodze lata temu było mi Blood Stone, które… nie, nie można nazwać grą idealną. Ale charakteryzowało ją coś wyjątkowego – oryginalna historia i właśnie to najbardziej urzekło mnie również w 007: First Light.


Patrick Gibson nie ma bowiem żadnych Bondowych zaszłości i dzięki temu jego kreacja jest świeża i pozbawiona pewnych nawyków. Co prawda najbardziej mimo wszystko zbliża się on do Craiga, ale w moich oczach stanowi raczej kombinację cech kilku znanych aktorów. Co za tym idzie, kiedy trzeba rozsiewa wkoło siebie urok, którym wiele lat temu raczył nas na ekranie Connery, by chwilę później pokazać twarde oblicze wspomnianego już Craiga. Jest to zdecydowanie udana i zarazem wypadająca bardzo naturalnie kreacja. Kupuję ją w pełni i mówiąc szczerze chcę więcej.


Kto wie, być może nie jest to ostatni raz gdy oglądamy Gibsona w tej roli. Bo cała gra, a w zasadzie jej duża część skupia się głównie na przedstawieniu początków znanego agenta. Chyba już dawno nie miałem takiej frajdy patrząc na origin znanej mi postaci, a tutaj jeszcze mogłem w nim czynnie uczestniczyć. Chyba każdy z nas obawiał się, że IO Interactive dostarczy nam po prostu Hitmana z bardziej bujną fryzurą, ale zaręczam, że studio stanęło na wysokości zadania. First Light jest pełnoprawnym, kinowym wręcz doświadczeniem, w którym przez około 20 godzin wspólnie z młodym agentem stajemy się prawdziwą legendą.

Gra 007: First Light w naszej ofercie:

Pozdrowienia z Rosji

Już prolog nie pozostawia złudzeń – będzie działo się naprawdę dużo. Misja na Islandii wprowadzić ma nas jedynie w klimat opowieści, no i nie ukrywajmy zaprezentować możliwości graficzne First Light. To bardzo narracyjne, wręcz filmowe doświadczenie, któremu znacznie bliżej do Uncharted niż typowych skradanek. Zresztą pod względem mechanik nowy Bond bardzo wiele ma wspólnego z Drakiem, ale o tym za moment.


Mimo widowiskowego wstępu, pierwszym momentem gdy naprawdę poczułem ciarki na skórze był iście Bondowski utwór Lany Del Rey, który wręcz idealnie wpasował się klimat, znany z filmów o naszym ulubionym agencie 007. Mniej więcej w połowie piosenki już wiedziałem, że nie będzie to zwykłe żerowanie na znanej marce, a pierwszy Bond w historii gier, który naprawdę mi się spodoba.


Później potoczyło się już lawinowo i nie można było tego zatrzymać. Twórcy bardzo zręcznie łamali akcję filmowymi wstawkami, dzięki czemu trening Bonda był bardzo empirycznym doznaniem. Pierwsza wizyta w laboratorium Q dawała natomiast namiastkę mechanik, które miały zostać później rozwinięte. To sprytna zagrywka, bo dosłownie poczułem, że chcę dotrzeć do momentu, w którym będę mógł przetestować kolejne zabawki. Kulminacją treningu była natomiast bardzo klimatyczna misja w nocnym klubie, w Londynie, która w naturalny sposób prezentowała możliwości rozgrywki. 


Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że praktycznie każdą część zadania byłem w stanie rozwiązać na kilka zupełnie różnych sposobów. Wiem, że właśnie to charakteryzowało ostatnie odsłony o Agencie 47, ale mam wrażenie, że Bond jeszcze bardziej rozwinął znaną koncepcję. Przykładowo by wejść do pomieszczenia VIP można po prostu się do niego zakraść od strony magazynu, ale też ukradkiem zabrać tacę z drinkami i udawać kelnera. Sytuację można również rozwiązać swoim urokiem osobistym lub spróbować wywabić bramkarza i... tak jest w zasadzie przez całą grę. Twórcy dali nam ogrom możliwości, dlatego 007: First Light można spokojnie przechodzić kilkakrotnie i zabawa się nie nudzi.

Żyje się tylko dwa razy

Bo musicie wiedzieć, że w grze naprawdę dużo się dzieje, a każda kolejna misja jeszcze bardziej zaskakuje swoimi możliwościami i ogromem. Gdy myślałem, że zobaczyłem już wszystko Bond jedynie pokiwał w moją stronę palcem i kolejny raz zbił mnie z tropu. Owszem, pewne schematy działania nadal pozostają i po kilku misjach mniej więcej wiadomo, co będzie trzeba robić. Natomiast sama konstrukcja poszczególnych lokacji i zadań sprawiają wrażenie gry naprawdę zróżnicowanej.


Trudno po prostu się nudzić gdy w jednej chwili śledzimy podejrzany cel, zaraz potem wpadamy na grupę przeciwników, których musimy obić wręcz lub wyeliminować cichaczem w stylu ninja, następnie przez kilka minut ścigamy się po górskich szlakach za kółkiem samochodu sportowego, a na końcu bierzemy udział w otwartej strzelaninie i… wskakujemy do samolotu, w celu sprowadzenia go na ziemię. Brzmi Bondowsko? A to tylko opis jednej z pierwszych misji i to w mocno skróconej formie. Jak więc widać, porównania do przygód Nathana Drake'a są tu jak najbardziej uzasadnione.


Aczkolwiek od razu nadmienię, że samego strzelania jest tu stosunkowo mało i takie akcje podyktowane są głównie fabułą. Bond używa broni jedynie w ostateczności i częściej rozwiązuje problemy sprytem, rozmową lub gdy sytuacja tego wymaga pięściami. I niestety muszę stwierdzić, że choć sama walka została opracowana całkiem dobrze w założeniu, tak jest jej wyraźnie za dużo. Pojedynki stają się też z czasem powtarzalne, chociaż na początku mnogość wykorzystania elementów otoczenia potrafi zaskoczyć.


007: First Light to gra przede wszystkim szpiegowska i największą satysfakcję daje mimo wszystko działanie w cieniu oraz wykorzystywanie przeróżnych szpiegowskich gadżetów. Przyznam się, że nawet nie korzystałem z wielu broni, które można podnieść z pokonanych wrogów. Najczęściej korzystałem z głównego wyposażenia agenta i w sumie zawsze mi to wystarczało. Inna sprawa, że sztuczna inteligencja, cóż inteligencją nie grzeszy i jest to jeden z moich głównych zarzutów w stosunku do gry. Niestety przez to First Light jest tytułem łatwym, nawet na najtrudniejszym poziomie trudności gra nie daje jakoś specjalnie popalić. Zwykle nie narzekam na poziom trudności, bo nie jestem też jakimś super wymiataczem w grach akcji, ale w przypadku Bonda jest to faktyczny problem.


Wracając jeszcze do wspomnianych wcześniej gadżetów. Ich liczba nie powala, ale są na tyle ciekawe, że dają faktyczną frajdę podczas używania. Zwłaszcza, że na daną misję nie jesteśmy w stanie zabrać wszystkiego, tak więc ponownie nawet poprzez wybór sprzętu jesteśmy w stanie bawić się za każdym razem nieco inaczej. Warto natomiast dodać, że gadżety zostały podzielona w zasadzie na dwie kategorie pod względem sposobu ich używania. Niektóre zużywają zasoby chemiczne, a inne elektryczne, a po wykorzystaniu całości jesteśmy zmuszeni poszukać w otoczeniu odpowiednich komponentów. Nie jest to trudne, bo zarówno baterie jak i środki chemiczne rozsiane są w różnych formach niemal w każdej lokacji. Dobór gadżetów i eksperymentowanie z nimi pozostawiam Wam, bo daje to zwyczajnie sporą frajdę.


Rozpisałem się tak bardzo, że całkowicie zapomniałbym wspomnieć o trybie symulacji, który z czasem zostaje odblokowany w laboratorium Q. Po jego uruchomieniu możemy przechodzić kolejne wirtualne wyzwania, bijąc rekordy, rywalizując z innymi graczami i odblokowując legendarne stroje, znane z filmów o Bondzie. Podejrzewam nawet, że tryb ten z czasem będzie poszerzany tak samo jak to miało miejsce w przypadku Hitmana. Tak czy inaczej, żywotność gry jest w teorii przeogromna.

Zabójczy widok

Jeśli mogę tak określić, frajdę, a na pewno zachwyt dają również poszczególne miejscówki w grze. Są to miejscami wręcz zabójcze widoki. W czasie przygody Bond odwiedza wiele miejsc, które diametralnie różnią się od siebie nastrojem i scenerią. Przy czym zawsze mamy do czynienia z lokacjami tylko na wpół-otwartymi, co mnie osobiście strasznie cieszy, bo przyznam, że nieco miałem już dość gier z otwartym światem. Wspomniany już klub nocny zrobił na mnie kolosalne wrażenie pod względem gry świateł i cieni. Słowenia stała się dla mnie prawdziwym poligonem, na którym dość długo testowałem możliwości poszczególnych mechanik i interakcji z otoczeniem. Natomiast fikcyjny czarny rynek w Aleph, który został umiejscowiony na pustyni w Mauretanii pokazał mi co naprawdę oznacza zaludnienie w grach wideo. Jest to po prawdzie jedna z moich ulubionych misji, bo miasto zbudowane wokół wraków statków i kontenerów robi piorunujące wrażenie.


Niemal wszystkie lokacje wywołują za pierwszym razem opad szczęki, nie tylko przez samo ich wykonanie ale ogólny charakter. Świat przedstawiony w First Light jest żywy, a przynajmniej próbuje przed nami odpowiednio udawać. Bo i wiadomo, że większość modeli robi przecież sztuczny tłum, że nie z każdym da się porozmawiać i wszystkiego dotknąć. Ale w grze dzieje się tak dużo i jest tyle możliwości rozgrywania zadań, że totalnie wpadamy w grę pozorów.


Natomiast pozorów nie robi udźwiękowienie. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada ceniony brytyjski duet The Flight, który znany jest z łączenia orkiestrowych brzmień z nowoczesną elektroniką. Muzyka w grze może i nie powala na kolana, ale idealnie pasuje do klimatów młodszego i bardziej butnego Bonda. Oczywiście najbardziej w pamięci zapada wspomniany już utwór przewodni "First Light", którego skomponował sam David Arnold, a więc legenda muzyki Bondowskiej. A wokalu podjęła się rewelacyjna Lana Del Rey, której występ nie ustępuje takim sławom jak Shirley Bassey, Tina Turner czy Adele.

 

Warto poświęcić chwilę czasu na rewelacyjną obsadę, która spisała się na medal. Poza Gibsonem, wcielającym się w Bonda, na szczególną uwagę zasługuje moim zdaniem Lennie James, który jest znany głównie z roli Morgana w serialach z serii The Walking Dead. Aktor wcielił się tym razem w agenta Greenwaya i wykreował go wręcz po mistrzowsku. Nieźle wypada również wcielająca się w Selinę Tan Gemma Chan, choć odgrywa w fabule znacznie mniejszą rola. Dość sztywno wypadł natomiast Lenny Kravitz, który w First Light odgrywa rolę króla piratów Bawmę. Ot jest poprawnie, no ale powiedzmy sobie szczerze, nie jest to przecież aktor wielkiego kalibru. Wstydu jednak nie ma i ogólnie w grze jest co podziwiać i na czym ucho zawiesić – pod tym względem nowy Bond zachwyca.

Doktor No

Kilka rzeczy jednak nie zachwyciło. Przede wszystkim na tapet należy wziąć sztuczną inteligencję, o której pisałem przy okazji walki. Wrogowie zachowują się wyjątkowo głupio i konfrontacje nie wymagają szczególnych umiejętności. A nawet jeśli już jakimś cudem uda im się wygrać to raczej przez błąd, który pojawił się na naszej drodze. Ale walka to jedno, bardziej istotne było dla mnie skradanie i niestety w tym zakresie gra również jest prosta, a czasem wręcz prostacka – choć bardzo nie lubię używać tego słowa. Strażnicy sporadycznie reagują na śmierć swoich kolegów i nawet nie odwracają się w momencie gdy przejdziemy do zakazanego obszaru. Biorąc pod uwagę, że możemy ich na chwilę oszołomić za pomocą gadżetów rozgrywka staje się przez to niebywale wręcz uproszczona.


Tytuł zacząłem ogrywać na chwilę przed premierą, a skończyłem w zasadzie kilka dni po debiucie nowego Bonda i mam dziwne wrażenie, że na początku gra działała i wyglądała nieco lepiej. Albo być może to wina późniejszych lokacji – trudno tak naprawdę stwierdzić, ale faktycznie im dalej tym częściej dostrzegałem różnego rodzaju artefakty graficzne czy rozmyte tekstury. Przy całym pięknie lokacji takie niedopracowania pozostawiają spory niesmak i mam nadzieję, że kolejne łatki naprawią sytuację.


W tytule występują sporadycznie także inne, bardziej rażące błędy. Między innymi zdarzyło mi się kilka razy zawisnąć w powietrzu po wejściu po drabince. Wówczas model postaci zaczął przechodzić przez inne obiekty. Kilkakrotnie podobna sytuacja dotknęła również przeciwników co bardzo mocno utrudniało pokonanie ich. Gra potrafi również mocno chrupnąć, ale robi to na tyle okazjonalnie, że trudno mówić tutaj o mocnych spadkach klatek animacji. W ogólnym rozrachunku i tak jest dobrze, ale widać, że Bondowi przydałby się jeszcze jeden gadżet, który nieco wyszlifowałby ten diament. Dla formalności dodam, że grę ogrywałem na bazowej wersji konsoli PlayStation 5.

W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości

Czy to najlepsza gra o Bondzie w historii? Biorąc pod uwagę, że większość klasyków pod względem rozgrywki jest dziś średnio jadalna, powiedziałbym, że tak – to w chwili obecnej najlepsza gra o znanym agencie. Jednocześnie należy brać pod uwagę, że po prostu konkurencja praktycznie nie istnieje.


Po prawdzie 007: First Light to połączenie najlepszych cech Hitmana i Uncharted i nie ma w tym absolutnie nic złego. IO Interactive idealnie wykorzystali swoje doświadczenie i potencjał drzemiący w kultowej marce, tworząc przy okazji tytuł, który na pewno przejdzie w obrębie gatunku do kanonu. Być może też stanie się dłuższą, bardziej rozpoznawalną marką.


To zdecydowanie pozycja obowiązkowa, zarówno dla fanów 007 jak i dobrych gier akcji. Patrząc przez pryzmat długości rozgrywki, dodatkowych wyzwań w symulacji oraz wielu możliwości przejścia danych misji, jest to również tytuł, który wart jest poświęconego mu czasu i pieniędzy. Bo i w tym przypadku na jednym razie zwyczajnie się nie kończy. James Bond powrócił i zrobił to z przytupem, a raczej wielkim wybuchem. Mam szczerą nadzieję, że First Light będzie dopiero początkiem serii, która przedstawi nam również dalsze losy tego bohatera.

Ocena: 8.5/10

  • Pomniejsze błędy techniczne
  • Inteligencja przeciwników
  • Walka wręcz z czasem staje się powtarzalna
  • Dobry reboot znanej marki
  • Dużo zróżnicowanej lokacji
  • Oprawa audiowizualna
  • Swoboda w wykonywaniu misji
  • Wręcz filmowe sceny i zwroty akcji
  • Aktorzy spisali się na medal
  • Postacie i dialogi są napisane rewelacyjnie
  • Dodatkowy tryb symulacji
  • Wiele nawiązań i ukłonów w stronę fanów Bonda
Wróć

Właściciel serwisu: TERG S.A. Ul. Za Dworcem 1D, 77-400 Złotów; Spółka wpisana do Krajowego Rejestru Sądowego w Sądzie Rejonowym w Poznań-Nowe Miasto i Wilda w Poznaniu, IX Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego pod nr KRS 0000427063, Kapitał zakładowy: 41 687 500,00 zł; NIP 767-10-04-218, REGON 570217011; numer rejestrowy BDO: 000135672. Sprzedaż dla firm (B2B): dlabiznesu@me.pl INFOLINIA: 756 756 756