Crimson Desert - recenzja. Niekończąca się opowieść
Dla jednych objawienie branży gier wideo, dla pozostałych przereklamowany moloch. Jakkolwiek by o Crimson Desert nie mówić, jedno pozostaje pewne – tytuł trudno jednoznacznie zdefiniować. Prawdopodobnie właśnie stąd całe zamieszanie wokół niego. Premierowy kurz opadł już jakiś czas temu, więc jest to idealny moment, by skierować swoje kroki w stronę szkarłatnej pustyni i samemu przekonać się, co ma do zaoferowania.
Potok nieustannych zmian
Crimson Desert jest tytułem, którego niczym dzikiego rumaka trudno okiełznać. Przynajmniej na początku, przez co można bardzo szybko spaść z siodła. Gdy jednak da mu się szansę, galopowanie staje się naprawdę przyjemne. Crimson Desert to również gra wielu sprzeczności, w której pomysły niby działają razem w obrębie jednej konstrukcji, ale tak naprawdę w wielu miejscach trzymają się na cienkich sznurkach. Czy miszmasz wszystkiego w ogóle ma jakikolwiek sens i jest w stanie się sprzedać?
Na ostatnie pytanie nie muszę nawet odpowiadać, bo gracze przemawiają w obronie tytułu głośno i wyraźnie. W ciągu zaledwie czterech tygodni od premiery Crimson Desert trafił do ponad pięciu milionów odbiorców. A twórcy z Pearl Abyss w zasadzie od pierwszego nieustannie łatają i poprawiają swój tytuł, co zresztą jest też jednym z głównych powodów, przez które trudno jednoznacznie go ocenić.
Bo nawet przy ogrywaniu gry do recenzji, przy każdej kolejnej sesji niektóre elementy rozgrywki wyglądały zgoła inaczej. Twórcy poprawiają w zasadzie wszystko, co są w stanie poprawić. Jak sami stwierdzili, nie mają ku temu stworzonego konkretnego planu i raczej na bieżąco słuchają uwag graczy. Ma to swoje plusy, ale także minusy, bo z jednej strony fani czują, że mają realny wpływ na polepszenie produkcji, z drugiej jednak stanowi ona nieustannie przepływającą rzekę, do której nigdy nie wchodzi się dwa razy. A wówczas jedno, definitywne ocenienie Crimson Desert staje się zwyczajnie… niemożliwe.
Światła i cienie
Nawet w momencie, gdy pracuję nad tekstem, twórcy z Pearl Abyss udostępnili kolejną aktualizację, która ponownie wprowadza do Crimson Desert nowości. Zatem nie ma co się dziwić, że według oficjalnych informacji niewielu graczy dotarło do napisów końcowych tytułu. Jednocześnie należy sobie otwarcie powiedzieć, że sama fabuła niespecjalnie zachęca do jej ukończenia. To raczej nieskładnie i na szybko dodany element, który ma w jakiś tam sposób zszywać pozostałe mechaniki rozgrywki – ot tak, żeby gra chociaż udawała solową przygodę. Tyle że swojego pochodzenia nie da się tak po prostu zmienić czy wymazać.
Niektórzy przedstawiciele studia otwarcie przyznają, że Crimson Desert miało być po prostu ich nową grą multiplayer i w wielu miejscach widać to naprawdę wyraźnie. Wspomniana już fabuła, która jest chyba moim największym zarzutem, w grze po prostu… jest i nie są to żarty. Choć pierwsza scena jest naprawdę klimatyczna, później historia zaczyna przypominać zlepek pomysłów, którym brakuje sensu i kierunku. Nie ma tu ciągu przyczynowo-skutkowego, wszystko odbywa się wręcz na przysłowiową gębę i gdyby nie znaczniki na mapie, nie byłoby najmniejszych szans, by domyślić się, co następnie należy zrobić. Przemilczę również Kliffa, który jest chyba jednym z najmniej ciekawych protagonistów w historii gier.
Gdy jednak o fabule zapomnimy… wówczas zaczyna się dopiero dziać. Sam pokusiłbym się o stwierdzenie, że Crimson Desert powinno odbierać się i oceniać w dwóch odrębnych aspektach. Osoby, które szukają dobrej historii i niekoniecznie chcą spędzać przy tym setki godzin na samym przebywaniu w grze, szybko odbiją się od nieprzystępnej rozgrywki – o której nieco więcej za moment. Natomiast ci, dla których to sama droga, a nie cel, jest najważniejsza, mogą wręcz utonąć w możliwościach, które udostępnili im twórcy.
Poczucie życia w świecie gry
Wielu graczy porównuje grę do The Legend of Zelda: Breath of the Wild lub nawet Elden Ring. Często powtarzają się też stwierdzenia, że tytuł ma wiele wspólnych cech z Red Dead Redemption 2, w którego zręcznie wpleciono elementy Wiedźmin 3: Dziko Gon i Dragon's Dogma II. Osobiście jestem w stanie zrozumieć, dlaczego właśnie te tytuły są wymieniane jednym tchem przy omawianiu Crimson Desert, bo pomimo nieco innych, charakterystycznych dla siebie założeń i rozwiązań, łączy je jedno – poczucie życia w danym świecie przedstawionym.
A tego produkcji Pearl Abyss nikt nie jest w stanie odmówić. Świat gry jest wręcz nafaszerowany po brzegi sekretami, które można poznawać na wiele, wcale nie tak oczywistych, sposobów. Crimson Desert nie prowadzi przy tym nikogo za rękę i właśnie tutaj najbardziej doskwiera początkowa nieprzystępność tej przygody. Zapomnijcie o przejrzystych samouczkach – do większości rzeczy będziecie musieli dojść sami i nie ułatwia tego wcale specyficzne sterowanie. Gra nagradza jednak pomysłowość, kombinowanie oraz szperanie po kątach. Nie zamierza też w żaden sposób nikogo wstrzymywać, no poza fabularnymi bossami, do których zwyczajnie trzeba się lepiej przygotować.
Lubię odkrywać i poznawać, dlatego po kilku godzinach zabawy postanowiłem sprawdzić, jak daleko jestem w stanie zawędrować na początkowym sprzęcie i wiecie co? Odkryłem całkiem sporo, a znalezione przedmioty znacząco wpłynęły na moje późniejsze podboje. Może i od razu świata nie zawojowałem, ale warto było to zrobić chociażby dla niesamowitych widoków, którymi charakteryzują się poszczególne biomy. Eksploracja i poczucie przygody są bez wątpienia najsilniejszymi filarami rozgrywki Crimson Desert.
Zobacz także: Saros – recenzja. Housemarque powraca w blasku słońca
Witamy w Pywel, mamy tu… wszystko
Przy pierwszym kontakcie gra może wydawać się po prostu kolejnym, ładnym RPG fantasy, jednak poczucie to bardzo szybko zostaje rozwiane w chwili, gdy otrzymujemy pełną swobodę podróżowania. Wówczas warto dać się ponieść i nieco pozwiedzać, choć można poczuć się też przytłoczonym. Mimo wszystko zalecam od czasu do czasu nadrabiać to co powinno nazywać się fabułą, bo pomimo swojej bylejakości odkrywa ona też nowe mechaniki rozgrywki, które czynią ją jeszcze bardziej atrakcyjną.
Bo łatwiej wymienić tu rzeczy, których w grze faktycznie nie ma. Dość szybko otrzymujemy możliwość zarządzania własnym obozem, który sam w sobie stanowi wręcz grę w grze. Możemy rekrutować kolejnych, rozsianych po świecie kompanów, dzięki czemu obóz zaczyna się rozrastać i otwierają się w nim nowe sklepy oraz aktywności. Na tym jednak się nie kończy, bo zwerbowanych kompanów możemy wysyłać na misje, co również przynosi różnego rodzaju korzyści. A gdy znudzi nam się towarzystwo, zawsze możemy odpocząć w naszej prywatnej chacie, którą niczym w The Sims możemy dekorować według własnego uznania.
Na pewno już wiecie, że w grze można głaskać i adoptować niemal każde napotkane zwierzę. Przyznaję, że wiele godzin zabawy spędziłem na szukaniu kolejnych piesków, które później biegały po moim obozie. Oczywiście Crimson Desert nie byłby sobą, gdyby nie było możliwości ubrania ich w małe zbroje – te możecie znaleźć w pewnej ukrytej wiosce. Gdy ogrywałem tytuł, włochaci towarzysze jedynie podnosili przedmioty z pokonanych wrogów, ale pojawiły się informacje, że będą mogły również pomagać w walce. Poza nimi natrafimy oczywiście na wiele ciekawych wierzchowców. Poza końmi można zasiąść między innymi na grzbiecie wilka, jaszczura czy mojego ulubionego ptaka kuku, który bardzo kojarzył mi się z kultowymi chocobo z serii Final Fantasy. Nadmienię tylko, że twórcy systematycznie dodają do gry kolejne zwierzaki.
Ale to zaprawdę jedynie wierzchołek góry lodowej. Jeśli lubicie puzzle, będziecie mogli rozwiązywać zagadki w powietrznych świątyniach. Szybko wpadnie wam również w ręce specjalny hełm, za pomocą którego niczym średniowieczny Batman będziecie mogli rozwiązywać śledztwa i spoglądać w przeszłość. Chcecie zabawić się w łowcę głów? Na niemal każdym słupie z ogłoszeniami wiszą kolejne zlecenia. A jeśli poczujecie się naprawdę silni, możecie wyruszyć na wyprawę w celu odbicia fortów zajętych przez wrogie frakcje.
Dobra, znienawidzicie mnie za tyle czytania, ale… to nadal nie koniec. W Crimson Desert jest także kilka mini-gier, takich jak siłowanie się na rękę czy strzelanie do celów. Można wziąć również udział w wyścigach konnych czy po prostu pójść na ryby. Niczym w grach przestępczych można dostarczać skradzione wozy albo po prostu spędzać czas na przewożeniu surowców pomiędzy placówkami. Oczywiście możecie także uprawiać rośliny, wydobywać surowce, ulepszać ekwipunek i gotować. Czeka na was również mnóstwo ukrytych, opcjonalnych bossów i potworów. Uff… jak więc widzicie, jest co robić, a naprawdę nie wymieniłem wszystkiego.
Zdjęcie w pełnym rozmiarze








Co rdzewieje, a co nadal świeci
Jak już pisałem, główne zażalenie kieruję do scenarzystów, bo jednak po takiej grze oczekuję dobrej historii. Mimo wszystko – przynajmniej w moim przypadku – podróżowanie po świecie, choć niewątpliwie fascynujące i wciągające na wiele godzin, to nie wszystko. Dlatego trudno mi było odbierać Crimson Desert jako grę kompletną.
Nie do końca podobało mi się również celowe przedłużanie nawet najmniejszych czynności. Czasami rozgrywka jest wręcz ślamazarna i jeśli myśleliście, że Red Dead Redemption 2 było pod tym względem przesadzone, tak tytuł Pearl Abyss bije znany western na głowę. Szczególnie mocno dają popalić podniebne zagadki, przy których trzeba wykorzystywać liczne mechaniki. Jeśli kogoś cieszy godzinne spędzanie czasu na przesuwaniu kamieni lub dźwigni, to odnajdzie się tutaj doskonale. Ja niestety się nie odnalazłem.
Trudno również pozbyć się wrażenia, że Crimson Desert to produkcja, która chciała być wszystkim. Doskonale rozumiem, że może się to podobać, bo po prawdzie jest to świetna piaskownica, w której każdy odnajdzie dla siebie coś ciekawego. Jednak przy tym wszystkim w moich oczach została gdzieś utracona tożsamość tytułu. Gra zapożycza tak wiele z innych produkcji, że wręcz potrafi przytłoczyć, przez co nieco traci na swojej atrakcyjności. Bo owszem, jest co robić, ale też nie jest tak, że brak tu pewnej powtarzalności. Daje się odczuć, że był to tytuł skierowany do osób kochających rozgrywkę wieloosobową. Zresztą twórcy powoli i tak do tego zmierzają, bo już mówią chociażby o możliwości grania w trybie kooperacji.
Crimson Desert to twór pełen sprzeczności. Niby poszczególne elementy pasują do świata, ale nie można powiedzieć, że każdy z nich został opracowany perfekcyjnie. To bardziej propozycja dla osób, które chcą faktycznie wziąć do piaskownicy swoje zabawki i je testować. Ja niestety z czasem odczuwałem znużenie, bo właśnie zabrakło mi tego ostatniego szlifu, który sprawiłby, że poczułbym przygodę w pełni. Zabrakło mi najbardziej ciekawej narracji i pod tym względem nawet gry FromSoftware są bardziej atrakcyjne.
Należy sobie jednak jasno powiedzieć, że pomimo wielkości świata Crimson Desert to nadal bardzo dopracowana technicznie gra. Dla formalności dodam, że ogrywałem ją na bazowej wersji PlayStation 5. Tytuł zawiesił mi się zaledwie raz, a poza tym w czasie rozgrywki pojawiały się jedynie standardowe dla otwartych światów błędy. Natomiast mnogość interakcji, losowych wydarzeń czy ogólnego poczucia żywego świata sprawiały, że potknięcia kompletnie nie przeszkadzały w rozgrywce i dobrej zabawie.
Zdjęcie w pełnym rozmiarze

Gra nie dla każdego, ale każdy powinien spróbować
Jak więc widzicie, jednoznaczne ocenienie Crimson Desert jest zadaniem bardzo trudnym. Osobiście jestem zachwycony… wręcz zauroczony tym, jak wygląda świat przedstawiony. Godzinami wsłuchuję się także w muzykę z gry już po wyłączeniu konsoli. Odpowiada za nią wewnętrzny zespół Pearl Abyss pod przewodnictwem Hwiman Ryu, którego fani studia kojarzą głównie z Black Desert. Jest to naprawdę piękna ścieżka dźwiękowa. Gdybym miał jeszcze bardziej przedłużyć tekst, to na pewno dokładniej poruszyłbym kwestię dynamicznego i systemu walki, który daje bardzo dużo satysfakcji i nawet w jego obrębie jest multum możliwości. Ale no właśnie…
Crimson Desert jest grą, w której każdy odnajdzie coś innego i myślę, że jest to najlepsze podsumowanie oraz największy komplement skierowany w stronę twórców z Pearl Abyss. Zdecydowanie nie jest to gra dla każdego, ale zachęcam, by każdy chociaż raz spróbował w nią zagrać. Bo już samo wsparcie i dodawanie zawartości to swoista niekończąca się opowieść i kto wie, być może za rok odnajdziecie w tym tytule coś, czego dziś jeszcze w nim nie ma. Jedno jest pewne – to gra, obok której przejść obojętnie się po prostu nie da i jeśli tylko połkniecie bakcyla, spędzicie w niej setki godzin.
Ocena: 8/10
- Fabuła i protagonista
- Postacie, o których szybko się zapomina
- Konstrukcja zadań pobocznych
- Pomniejsze błędy techniczne
- Mało intuicyjne sterowanie
- Słaba lokalizacja (ale dobrze, że jest)
- Przepiękny, otwarty i żywy świat
- Wciągająca eksploracja i poczucie przygody
- Niemal każdy znajdzie tutaj coś dla siebie
- Świetna oprawa audiowizualna
- Satysfakcjonujący system walki i rozwoju postaci
- Masa pobocznych aktywności
- Pomysłowe i trudne zagadki logiczno-środowiskowe
